poniedziałek, 21 listopada 2016

5 powodów, dla których pokochałam czytnik E-Book InkBOOK Classic - recenzja po kilku miesiącach użytkowania.


Gdy mol książkowy wkracza do świata, a raczej e-świata, gdzie życie płynie szybciej niż komukolwiek się wydaje, dostrzega wagę i rozmiar książek. Niestety lżejsze są te w formacie epub lub mobi... I w dodatku można ich mieć z kilkanaście tysięcy na raz w mini torebce. To straszne, ale tak właśnie się stało! Odpuściłam szeleszczącym i pachnącym kartom, na rzecz InkBooka. I z przerażeniem stwierdzam, że dzięki temu dużo więcej czytam i jestem szczęśliwsza. 

Dziś przedstawię Wam wady i zalety tegoż wynalazku po kilku miesiącach użytkowania. Zainteresowani? :)

 Nie zaprzeczę, do kupna czytnika e-book przymierzałam się od kilku lat. Ciągle jednak się wzbraniałam wmawiając sobie, że czytanie na laptopie lub telefonie jest porównywalnie komfortowe, co na owym czytniku. I nie muszę chyba wspominać, w jak wielkim byłam błędzie...



Suma summarum czytnik zakupiłam poprzez stronę internetową avans  tutaj też macie całą specyfikację sprzętu, w którą nie będę się zagłębiać, a skupię się na tym co najważniejsze, czyli moich odczuciach. Obsługa InkBooka jest mega intuicyjna, do wszystkich detali urządzenia dotrzemy w ciągu kilku minut, a oto powody, dla których pokochałam InkBook.

1. Fantastyczne powiększanie tekstu.
Z reguły za czytanie drukowanych książek zabierałam się, gdy miałam dużo więcej czasu. Nie lubiłam przerywać po kilku, kilkunastu zdaniach, bo później przy kolejnej wolnej krótkiej chwili i tak wracałam do początku strony, i jak się okazywało czytałam tekst po kilka razy nim dotarłam do momentu, w którym kończyłam ostatnio. Było tego mega frustrujące. Tutaj problem znika, fantastycznie powiększona czcionka sprawia, że mogę czytać nawet w minutowym oczekiwaniu na tramwaj i nie powielam wcześniej wspomnianego błędu. Oczywiście jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tak wielkich literek, może czcionkę dowolnie konfigurować. Ponadto można zmieniać odstęp między wersami, marginesy, a nawet orientację poziomą lub pionową tekstu.



2. Wytrzymała bateria.
Z czytnika korzystam niemal codziennie po około 1-2 godziny. W czasie trzech miesięcy, ładowałam go tylko raz. To zdecydowanie ułatwia sprawę.

3. Wygoda.
O tym, że mogę zmieścić nawet w najmniejszej torebce kilka lub kilkanaście tysięcy książek na raz już wiecie. W tym punkcie chciałam jednak ująć funkcjonalność. Po pierwsze to klawisze znajdujące się po obu stronach InkBooka, dzięki którym można przełączać strony niezależnie od tego w której dłoni trzymam akurat czytnik. Po drugie dzięki swoim niewielkim rozmiarom niezwykle wygodnie leży w ręce i nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Ponadto jest o niebo lepszy dla oczu niż telefon czy komputer. Główne menu przedstawia m. in. procentowo w jakim stopniu przeczytaliśmy daną książkę. To świetna informacja dla tych, którzy lubią kontrolować ile zostało im do końca lektury.


4. Dużo więcej czytam.
Nie ukrywajmy. Jestem zabiegana. Nie mam czasu jeździć do biblioteki, pilnować oddawania książek w terminie, nie mam czasu na codzienne czytanie bez przerw. InkBook rozwiązał wszystkie moje problemy. Niestety coraz więcej książek dostępnych jest w wersjach jedynie elektronicznych. Na nowo odkrywam radość z czytania, jadąc autobusem, stojąc w kolejce do kasy, czy nawet czekając na tramwaj na przystanku. Żałuję jedynie, że tak późno po czytnik zasięgłam.

5. Nie muszę mieć zakładek.
Przy klasycznych książkach zakładki często gubiłam, nigdy nie pamiętałam na której stronie kończyłam czytać, więc jeśli wędrowałam z książką dalej niż poza sypialnię, doznawałam frustracji. Tutaj problem znika. Gdy kończę czytać po prostu wyłączam urządzenie nie martwiąc się, że muszę cokolwiek zapisać, założyć zakładkę czy cokolwiek innego. Czytnik sam zapamiętuje, na której stronie skończyłam czytać i to niezależnie od liczby aktualnie czytanych książek. Ekstra rozwiązanie!

Jakie ma wady?
Czasami się lekko zawiesza w przerzucaniu stron, pół sekundy to czasami standard nim zareaguje. Długo się uruchamia, musimy dać mu przynajmniej minute na rozruch. Nie podświetla matrycy, ale wystarczy zakupić lampkę led do czytników. I szybko rysuje się ekran, ale na to znalazłam radę tworząc swoje własne etui KLIK. Ponadto nie pachnie jak książka, nie szeleści, nie ma w sobie tego "czegoś", co może skutecznie odstraszać klasycznych moli książkowych ;)


Jestem ciekawa czy stawiacie na zwykłe książki czy też wolicie czytniki e-booków, a jeśli tak, to które są Waszymi faworytami? :)

piątek, 11 listopada 2016

Etui filcowe na inkbook. DIY. Zrób to sam !


Po zakupie inkbooka mądrzy mówili - zainwestuj w etui, przytakiwałam i odkładałam zakup na "odległe później". Zabierałam ze sobą inkbooka wszędzie. W podróż pociągiem, w 10 minutową jazdę autobusem, do poduszki, na przerwę w pracy. I pewnego dnia włączając moje cudowne urządzenie odkryłam rysy na wyświetlaczu... Moje przerażenie i strach w oczach nie znał granic. Jak tylko wróciłam do domu i znalazłam chwilę czasu, w ciągu godziny zrodziła się wizja, i powstało etui. Gdy praca paliła mi się w rękach pokazywałam Wam zdjęcia na moim instagramie. Zainteresowani? Zapraszam na tutorial :)

Tutorial powstał dla osób, które nie posiadają maszyny do szycia. Dysponują za to chęciami i chwilką wolnego czasu.

Potrzebujemy: 

+ filcowy materiał, najlepiej czterokrotnie szerszy od naszego inkbooka/kindla/czytnika;
+ nożyczki;
+ igła z nitką lub kordonkiem;
+ guzik;
+ szpilki;
+ linijka / miara krawiecka;
+ ozdobny materiał / koronkę / aplikację;
+ około 20 minut wolnego czasu.

Krok 1.
Chciałam żeby etui składało się z podwójnego materiału, niestety nie posiadałam tyle filcu ile chciałam, a etui musiałam mieć teraz, już! Dlatego materiał złożyłam w taki sposób, żeby tylko jedna ze stron była wzmocniona, czyli na trzy. Od inkbooka zostawiłam około 3,5 cm zapasu z każdej strony.


Krok 2.
Złożony materiał, który miał być po wewnętrznej stronie przyszyłam szwem krytym, czyli takim, którego nie widać po drugiej stronie.


Krok 3.
Ze skrawków filcu wycięłam cienki paseczek około 10 cm i wszyłam go do powstałej luki mniej więcej na środku.


Krok 4.

Odmierzamy dokąd sięga nasza pętelka i przyszywamy guzik na zewnętrznej stronie.


Krok 5.
Pora na ozdobne aplikacje! Możecie przyszyć co tylko Wam się podoba, cekiny, naszywki lub pominąć ten krok ;)
Ja postawiłam na ala róże z czarnej siatki z ozdobnymi materiałami. Przy użyciu koronki efekt będzie podobny :)


Jak je zrobiłam?

(1) wycięty kawałek materiału około 13 cm zwinęłam w rulon. (2) Przykładając go do filcu upinałam rogi szpilkami do materiału. (3) a następnie przyszyłam igłą z nitką. (4) na środku ozdobne guziczki.


Krok 6.
Pozostało obszycie materiału, najlepiej ozdobne, choć można szyć ściegiem krytym. Chciałam żeby szew na etui kontrastował z pozostałością, dlatego użyłam czerwonej nitki. Najlepiej do ozdobnego obszywania nadaje się kordonek, no cóż, nie posiadałam czerwonego. Złożyłam nitkę na 4 części i tak naklejając ją na igłę szyłam.


W jaki sposób stworzyć takowy szew?

1. Wbijamy igłę w materiał, przeciągamy na drugą stronę i wbijamy w dowolnej odległości w filc, nie zaciągając do końca nitki. 
2. W pętelkę przekładamy igłę z nitką
3. Zaciskamy.
4. Powtarzamy krok do samego końca.

I cóż? Gotowe :)





Jak Wam się podoba? 
Skorzystacie z mojego pomysłu?

poniedziałek, 7 listopada 2016

Million Dollar Lips, Wibo. Matowa pomadka do ust nr 1.


Nigdy nie miałam styczności z matowymi pomadkami do ust. Dzisiaj wiem, że odkrycia dokonałam zbyt późno.

Kilka słów od producenta:

Matowa pomadka do ust z długotrwałą formułą. Doskonała, aksamitna konsystencja gwarantuje precyzyjne pokrycie. Matowe wykończenie sprawia, ze usta wydają się pełne, wyraziste i kuszą swoim urokiem. Bądź gotowa na spektakularny efekt matowych ust! Dostępna w 4 kolorach.
 Dzisiaj prezentuję kolor nr 1. Brudny róż.



Moja opinia.
+
+ Kolor. Stonowany, idealny na co dzień, niezbyt krzykliwy, ale podkreślający naturalny kolor ust.
+ Trwałość. Wytrzymuje na ustach bez problemu 4 godziny. Mało tego, nawet jeśli dużo jemy i pijemy to kolor pigmentu tak mocno "wżera" się w usta, że nawet po zmyciu usta pozostają delikatnie różowe.
+ Dostępność i cena. Pomadki czekają w każdym Rossmannie w cenie regularnej około 12 zł. A to niewiele, ze tak fajny efekt. No chyba, że jest promocja, tak jak teraz, która trwa do 8.11.2016 r. Można kupić pomadkę za 8,99 zł. Wtedy trzeba się śpieszyć, bo kolorki million dollar lips schodzą, jak ciepłe bułeczki...
+ Wydajność. - Wysoki pigment sprawia, że pomadki wystarczy naprawdę niewiele by pokryć całe usta.
+ Zapach. Plastikowy, ale plus za to, że nie pozostaje na ustach.


-
- Suchość. Mat podkreśli każdą wysuszoną skórkę. Dlatego trzeba porządnie nawilżyć usta, nim przystąpimy do aplikacji pomadki.
- Uwaga na zęby! - Jeśli się spieszymy, różowe zęby gwarantowane, ale to chyba domena niemal każdej pomadki...

Podsumowując:
Mimo lekkiego wysuszenia kolor i trwałość przemawia w 100% na TAK, by kupić i mieć usta jak tytułowe milion dolarów ;))

PS. Z tego zachwytu sięgnęłam po kolejne dwa kolorki, na pewno zaprezentuję je na blogu.

A u Was jak sprawdziła się pomadka? :)

piątek, 4 listopada 2016

Farba do włosów garnier 7.3 naturalny złoty blond

 
Lubię eksperymentować z farbami, ale moje włosy już zdecydowanie mniej tolerują takowe zabiegi. Do tej pory moim ulubieńcem była farba Joanna naturalny blond, o której pisałam TUTAJ. Traf chciał, że podkusiło mnie na zakup nowej farby, czy wybór był trafiony? Zapraszam do recenzji.

Nie ukrywam, że do testów przekonała mnie maseczka z awokado i całą gamą obietnic fantastycznie nawilżających włosów po farbowaniu...

Moja opinia.

+ Konsystencja - taka dość rzadka, ale nie spływa po pędzlu, ani głowie. Za to fajnie się rozprowadza.
+Wydajność - jedna farba wystarczyła na pokrycie nie lada odrostów i nawet na odświeżenie koloru do połowy długości włosów. Jednakże już w trakcie farbowania te rudości i brązy budziły mój niepokój...



I na tym koniec plusów...

- Zapach - śmierdzi, ale chyba jak każda farba. Nic nazdzwyczajnego.
- Maseczka, która dołączona jest do farby mam wrażenie, że okrutnie przyczyniła się do przetłuszczania włosów, za nic ich nie nawilżyła, a wręcz włosy były jak siano...
- Cena - dałam za farbę 10 zł w promocji, standardowo kosztuje 15 zł. Niby to nie majątek, ale jednak wspominania Joanna kosztuje połowę taniej.
- Kolor - jak sami widzicie poniżej na zdjęciu przed i po teoretycznie tragedii nie ma. Kolor wyrównany, jest blond, więc o co chodzi? A no o to, że kolor zmienia się pod światłem i w rzeczywistości jest dużo ciemniejszy, niż obiecuje opakowanie. Nawet z poziomu czarnego nie powinnam otrzymać aż tak ciemnych włosów... No cóż, zafundowałam sobie ponownie ombre!


Podsumowując:
Jestem zawiedziona! Włosy są w dużo gorszej kondycji niż po farbowaniu Joanną, która podobno jest mega zła i okrutna dla włosów... A Garnier, nie dość, że włosom nie pomógł to i kolor wyszedł dużo ciemniejszy.

A Wy? Miałyście już do czynienia z tą farbą? Jak wrażenia? Jakie farby blond uważacie za najlepsze?

wtorek, 1 listopada 2016

Zott Primo jogurt natralny z dodatkami.


Na początku ubiegłego miesiąca zostałam zaproszona do testowania nowości Zott Primo - jogurtu naturalnego z dodatkami. Ilu z Was zdarza się zapomnieć śniadania? Ile z Was sięga po przekąski? Zamiast zapychać się naszpikowanymi cukrem batonami, lepiej sięgnąć po dużo zdrowszą przekąskę! Zott Primo dba o nas, zabieganych, jak nikt ;))

W zestawie, który otrzymałam oprócz informacji o jogurtach były również fantastyczne torby eko z przepięknym ludową wręcz aplikacją i logo firmy zott.

Do przetestowania miałam 32 jogurty o 8 różnych smakach. 16 pudełeczkami podzieliłam się ze znajomymi, pozostałe testowałam osobiście, wraz z rodziną.

Co jest ważne?

Jogurt naturalny jest totalnie bez cukru! Ponadto wyrabiany jest z mleka, pochodzącego od szczęśliwszych krów ;)


Jak wrażenia?
Mi najbardziej przypadły do gustu połączenia z musli. Super sprawa, przepyszne, lekkie, idealne na drugie śniadanie w pracy. Zdecydowanie mniej polubiłam się z owocowymi połączeniami, po prostu nie lubię jogurtów owocowych, za to mój mąż uwielbia się nimi zajadać.

Zdania wśród oceniających znajomych były mocno podzielone. Grono osób zakochało się podobnie, jak ja w połączeniu z musli, a kilka z osób stwierdziło, że to połączenie totalnie nie przypadło im do gustu... A szkoda, bo to samo zdrowie ;)


Gdzie można zakupić jogurty naturalne zott z dodatkami?
No właśnie i tutaj pojawia się problem. Podobno powinniśmy je zakupić w następujących miejscach:

Auchan Carrefour Eurocash Kaufl and Leclerc Makro Piotr i Paweł Eko ABC Delikatesy Centrum Lewiatan Groszek Euro Sklep PSD Intermarche Selgros

Mi udało się zastać jedynie w E.Leclercu i to w cenie o 10 gr droższej niż sugerowana. W Carrefourze widziałam je przez jeden dzień i to akurat w dniu, w którym nie miałam jak zabrać się z jogurcikami. Następnego dnia ślad po nich zaginął i sama nie wiem czy sklep je wycofał, czy o co chodzi? W pozostałych sklepach nikt nie widział, ani nie słyszał o jogurtach... Mam nadzieję, że z czasem dostępność do jogurtów znacznie się poprawi.


A Wy? Próbowałyście już jogurcików? :)

czwartek, 20 października 2016

183 metry strachu - recenzja filmu (2016).


Kto z Was lubi lazurową wodę, przepiękne, piaszczyste plaże, klify, spokój i ciepło? I dodam fantastyczne fale, idealnie dla surferów. Nasza główna bohaterka Nancy na każde z pytań odpowiedziała tak i wybrała się na kilka chwil relaksu do Meksyku.

Posurfować, pomyśleć, odpocząć i poukładać kilka spraw. Poleciała w miejsce, w którym kiedyś już była, ale jako nieświadoma niczego istota w brzuchu matki, która zmarła na raka. Owa plaża ma dla Nancy ogromne znaczenie. Wszystko zapowiada się na pozór pięknie, ale co dalej?

Film wciąga od pierwszych minut. Może to za sprawą jednej z moich ulubionych aktorek - Blake Lively (pokochałam ją dzięki "Stowarzyszeniu wędrujących dżinsów"). A może za sprawą widoków, które nie było dane mi widzieć, a dotyk wiatru, fal i słońca w filmie jest tak realistycznie przedstawiony, że jest niemal wyczuwalny na ciele widza. Zapierające dech w piersiach panoramy, strach  i sekundowanie bohaterce w trudnych chwilach, dodają pikanterii fabule.


Z pozoru nic nie zapowiada tragedii, nie słyszano bowiem od dawna o rekinach, atakujących ludzi. I tutaj zaczyna się dramat naszej bohaterki... Pojawiający się na horyzoncie ludzie, którzy wzbudzają w Nancy odrobinę nadziei giną ze szczęk rekina... Wydawać by się mogło, że patowa sytuacja skazana jest na niepowodzenie, nawet mewa ze złamanym skrzydłem, która towarzyszy bohaterce w trudnych chwilach wydaje się być bez nadziei...

Historia jednak kończy się banalnie. Nie chcąc jednak zdradzać zakończenia powiem tylko tyle, że nie liczą się ostatnie minuty filmu, ale cała historia, walka. Ukazane symbole, wspomnienia i determinacja bohaterki niemal skazanej na śmierć pochłaniają do cna. I nie pozwalają o sobie zapomnieć na długi, długi czas.

Polecam wszystkim, którzy chcą poczuć nutkę adrenaliny i zagłębiać się w panoramy, niczym z turystycznych folderów.

Zdjęcia pochodzą z filmweb.pl

poniedziałek, 3 października 2016

# czarnyprotest


Nie mam słów, by opisać to, co dzieje się w Polsce... Kościół i jego racje, to temat rzeka, a chcąc wyrazić własne zdanie, łatwo narazić się na krytykę. Jedno jest pewne - niech kościół zajmie się sobą i swoimi wiernymi, bez ingerencji w tych, którzy nie szkodzą im - nie wierząc.

Nie bez powodu jestem daleka od wszystkiego, co głosi kościół. Nie bez powodu nie pobraliśmy się w kościele, nie bez powodu już dawno przestałam słuchać księży i ich wiedzy o życiu. To, co się dzieje... przechodzi wszelkie słowa krytyki. Dlaczego ja, jako młoda kobieta nie mam prawa do przerwania ciąży, jeśli zagraża mojemu życiu lub życiu dziecka?

Dlaczego ciemnogród i średniowiecze powraca?

Może rozpalmy stosy i zacznijmy na nich palić... księży. Owe ustawy i mądrości mam nadzieję, że sprawi, by od kościoła odwróciło się jeszcze więcej ludzi. Co znaczyć będzie tylko tyle, że przejrzeli na oczy. Niech sekta głosząc swe herezje, nie wychodzi poza kościół...

Niechaj ten post będzie znakiem solidarności z kobietami, które tak samo jak ja, chcą mieć wolność wyboru!!

środa, 21 września 2016

Po ślubie wszystko się zmienia...

Na wieść o moim zamążpójściu słyszałam wiele rad i opinii. Jedni gratulowali, inni przestrzegali i patrzyli na mnie ze współczuciem. Mimo wszystkich za i przeciw postawiłam na swoim. Bo co mi po opiniach innych ludzi? Ważne jest przecież nasze szczęście.... Chcecie poczytać, jakie rady słyszałam?

- Uważaj w co się pakujesz!
Mówiły rozwódki i rozwodnicy. Patrzyli z pogarą w oczach i sugerowały mi, że widzą moją naiwność. Mimo, że nie próbowałam wybijać im z głów ich przekonań, ani wdawać się w dyskusje, powtarzali jak mantrę, że po ślubie wszystko się zmieni. Że mąż zacznie zdradzać, albo że przesatnie być kochany i zacznie bić. Albo, że skończą się wspólne wieczory i sprawy, że małżeństwo to obłuda i że będę za parę lat żałować. Sugerowały, że spotka mnie ten sam los, co ich. Nie ma to jak komuś dobrze życzyć, prawda?

- Ale czy ty na pewno wiesz co robisz?!
Pytały z zażenowaniem w głosie stare panny i wieczne singielki (zwał, jak zwał). Bo przecież skończy się życie w stylu "hulaj dusza - piekła nie ma". - A nie skończyło się w momencie, gdy weszłam w związek? - Pytałam, a one kręciły głowami, stwierdzając, że ich nie rozumiem. Ba! Twierdziły, że ja po prostu pęknę i nie wytrzymam tyle z jednym facetem! A skąd mogły wiedzieć, jakie są moje oczekiwania? Skoro nawet nie pytały, tylko mierzyły świat swoją miarą.

- Obyście wytrzymali tyle co my!
Mówili staruszkowie, ze stażem małżeństwa równym kilkadziesiąt lat z ciepłem w głosie i oczach. Życzyli szczerze wszystkiego co najlepsze i powtarzali, że przepis na udane małżeństwo to ciągła rozmowa, akceptacja, miłość i przede wszystkim szczera, prawdziwa przyjaźń!

I chyba nie zdziwi nikogo, że tylko i wyłącznie te ostatnie słowa traktowaliśmy i traktujemy poważnie. Bo jako jedyne płynęły z serca, bez zbędnej zazdrości.

A po ślubie? Nic się nie zmienia, może poza faktem, że jest po prostu lepiej i więcej miłości, i że mam inne nazwisko, i obrączkę na palcu :)

niedziela, 18 września 2016

Lubię spędzać wolny dzień w łóżku, czyli jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.

Mówią, że w łóżku powinno się co najwyżej spać. Nie zaglądać do niego w ciągu dnia, bo sen nie nadejdzie w nocy. Zaścielać zaraz po przebudzeniu i zamykać, najlepiej w mikro sypialni i zapominać, aż sen zwali nas z nóg. A ja robię wszystko na przekór...

To w nim najbardziej wypoczywam.
Ale tylko po ciężkich i męczących dniach pracy. Uwielbiam leżeć na łóżku i jeść śniadanie. I kolacje i czasami obiady też. Uwielbiam leżeć z mężem i oglądać filmy lub czytać książki. Uwielbiam miękkość mojego łóżka, ciepło kołderki i kolącą ciszę. I jakoś nie mam problemów z zasypianiem, czy budzeniem się. Czasami w szkole średniej lub na studiach zdarzało mi się uczyć w łóżku i... nierzadko przy tym zasypiałam ;)

Najbardziej funkcjonalne to takie, które zawsze czeka.
Rozłożone, a najlepiej bez możliwości składania. Z posłaną kołderką i poduszkami. Które zawsze czeka z otwartymi ramionami, żeby przyjąć mnie do siebie. Takie leniwe dni dają początek czegoś większego, regenerują i napędzają do działania :)

Jako, że się przeprowadzam szukam idealnego łoża. Musi mieć zagłówek. I fajnie, jeśli będzie miało szuflady pod łóżkiem. Na oku mam kilka modeli z ikei. Jak myślicie, które wybrać?



A jak u Was? Z Waszymi łóżkami?

czwartek, 15 września 2016

Maść propolisowa 10% GORVITA


Informacje ze strony: http://www.gorvita.com.pl/new/produkty/kategorie-produktow/energia-i-witalnosc,15.html

Z witaminami A,E,F
Działanie maści jest związane z właściwościami propolisu znanymi jako silnie antybakteryjne, dezynfekujące i regenerujące naskórek. Łatwo przyswajalny kompleks witamin A, E, F przyspiesza proces jego odnowy, a naturalna alantoina i panthenol dodatkowo ją odżywia i nawilża. Pomocna w wielu problemach skórnych. Łagodzi uczucie dyskomfortu  wywołane lekkimi poparzeniami, mikrouszkodzeniami naskórka oraz po ukaszeniach owadów. Reguluje gospodarkę hydro-lipidową,  przywraca skórze elastyczność   i witalność. Polecana szczególnie do pielęgnacji skóry zanieczyszczonej, problematycznej   o tendencjach do łojotoku. Maść dobrze się wchłania i  nie pozostawia na skórze tłustej warstwy.
Ingredients / Składniki (INCI): Aqua, Glycerin, Glyceryl Stearate SE,Caprylic/Capric Trigliceride,Cetyl Alkohol, Cetyl Ricinoleate  Propolis, Polysorbate 20, PEG-20 Glyceryl Laurate, Tocopherol, Linoleic Acid, Retinyl Palmitate, DMDM Hydantoin, Allantoin, Panthenol.


Sposób użycia:
Stosować zewnętrznie kilka razy dziennie lub w zależności od potrzeb, delikatnie wmasowując maść w skórę aż do wchłonięcia.
Składniki pochodzenia naturalnego. Testowany dermatologicznie. Produkt nie testowany na zwierzętach. Notyfikowany w CPNP.


Moja opinia:

Wygodna, zakręcana tuba. Kolor maści taki mocno brudna żółć. Baaardzo wyczuwalny zapach propolisu, takiego ostrego i prawdziwego. Nie lubię zapachu ani miodu, ani propolisu, więc tu akurat minus.

Co do skuteczności - fajnie sprawdza się na skaleczenia i otarcia. Zdecydowanie szybciej goją się rany. Maść nieco brudzi, dlatego trzeba nieco uważać po aplikacji i zabezpieczyć pościel, czy też ubrania.

Jak wiecie z innych wpisów, mam wyjątkowo suchą i wrażliwą skórę na stopach. Maść propolisowa skutecznie nawilża i pięty przestają już być tak okrutnie szorstkie. Ranki po obtarciach na stopach dużo szybciej się goją.

I dodatkowo - rozgrzewa stopy! Dla zmarzlucha takiego, jak ja - rewelacja!



 Możecie kupić w sklepach internetowych, lista na stronie gorvita.com.pl

Za możliwość przetestowania dziękuję firmie GORVITA


O MNIE

Moje zdjęcie
Mol książkowy, zakochany w podróżach. Etatowiec, w wolnych chwilach przerabiający ubrania i grzebiący w DIY. Lubi pisać, od zawsze. A tutaj dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami. Zapraszam do zakładki O MNIE. Przedstawiam genezę i cel prowadzonego przeze mnie bloga ;)

Proszę, pomóż mi się rozwijać :)

Ankieta bloggowa 2016

Chcę poznać Was i Wasze opinie na temat bloga. Jak Wam się go czyta, co Wam się podoba, a co Was zniechęca i nudzi? Proszę Was o wypełnien...

Łączna liczba wyświetleń

OBSERWATORZY

INSTAGRAM

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *