sobota, 7 stycznia 2017

Efektima, Mani SPA, maska-rękawica do dłoni, czyli zaciszne SPA bez wychodzenia z domu.

Szyderczy mróz i wiatr nie daje wytchnienia dłoniom nie przyodzianym w rękawice. A potem skutki są opłakane. Szorstka skóra, przesuszone skórki, tragiczny widok. Na szczęście jeśli wolimy leczyć, niż zapobiegać na półkach sklepowych z pomocą będzie czekać wiele kosmetyków. Długi weekend sprzyja recenzją, więc pod lupę biorę maskę w formie rękawicy do dłoni - Mani SPA. To nowość firmy Efektima. Jak się sprawdziła?

INFORMACJE Z OPAKOWANIA:

Profesjonalna, komfortowa i wygodna w użyciu maska do dłoni, która pozwala na wyjątkową pielęgnację oraz relaks dłoni bez konieczności wychodzenia z domu. Zdecydowanie pomaga w zmiękczeniu naskórka i wygładzeniu powierzchni skóry. Doskonale nawilża, pielęgnuje i poprawia wygląd dłoni.
Spodziewanym rezultatem zabiegu jest widocznie nawilżona,  wypielęgnowana, wygładzona i zrelaksowana skóra dłoni.


SPOSÓB UŻYCIA:

1. Wyjąć maskę z opakowania, przeciąć wzdłuż przerywanej linii.
2. Nałożyć rękawice na dłonie i delikatnie docisnąć do skóry rąk, aby preparat lepiej przylegał do skóry.
3. Po upływie ok. 15 minut, zdjąć rękawice i wmasować pozostały na dłoniach preparat. Na koniec delikatnie spłukać letnią wodą.

Jeżeli podczas zabiegu skóra piecze, szczypie lub swędzi, przerwać używanie maski i opłukać dłonie wodą.
Nie powinno się stosować maski w przypadku podrażnionej, zaczerwienionej lub zranionej skóry dłoni.
W przypadku skóry wrażliwej, alergicznej, przed wykonaniem zabiegu należy sprawdzić, czy preparat nie podrażnia naskórka, nakładając niewielką ilość maski z rękawic na zewnętrzną stronę dłoni.


SKŁAD:
 Aqua, Propylene Glycol, Glycerin, Isooctyl Palmitate, Paraffinum Liquidum, Dimethicone, Betaine, 1,2-Butanediol, Pentylene Glycol, Panthenol, Hyaluronic Acid, Dipropylene Glycol, Phenoxyethanol, Allantoin, Curcumin, Rose Flower Oil.

Cena: ok 15 zł.

MOJA OPINIA:

Po otwarciu opakowania moim oczom ukazały się dwie ogromne rękawice, które z pewnością będą pasowały nie tylko na damskie, małe dłonie, ale na te większe - męskie. Niby jest to plus, bo i rozmiar uniwersalny, ale ja jednak wolałabym aby były zdecydowanie bardziej dopasowane do mojego rozmiaru dłoni. Wewnątrz zaskoczyła mnie nieco zimna przy pierwszym odczuciu tłusta maź. To drogocenne składniki, które wpijała moja skóra przez następne pół godziny. Akurat był to czas, gdy moje dłonie potrzebowały dodatkowej pielęgnacji, więc wydłużyłam nieco czas zabiegu. Na foliowe rękawice, nałożyłam zwykłe rękawiczki. Po pierwsze, aby było cieplej, po drugie nieco niewygodnie było mi z takimi ogromnymi foliowym łapkami... Prze ten wielki rozmiar miałam nieco wrażenie, że maseczka nie dociera do wszystkich miejsc, więc co jakiś czas starałam się pocierać dłonie. Ale przejdźmy do efektów! Po ściągnięciu rękawic nie przemywałam dłoni wodą tylko wmasowałam kosmetyk i cierpliwie czekałam, aż się wchłonie. Skóra była fantastycznie nawilżona, pachnąca, zniknęły wszystkie przesuszone i szorstkie skórki, efekt utrzymał się przez około 2-3 dni, bez używania kremów do rąk. 




Zdecydowanie polecam raz na jakiś czas zafundować dłoniom taki domowy zabieg SPA :)

A Wy? Testowaliście już ową maskę?
  

niedziela, 1 stycznia 2017

PUPA Ultraflex Mascara (Pogrubiająco - wydłużający tusz do rzęs).


Wszystkiego dobrego w Nowym Roku i duuuużo zdrówka! :)

Dziś przychodzę do Was z recenzją tuszu do rzęs PUPA Ultraflex Mascara. Tusz ma za zadanie pogrubić i wydłużyć rzęsy. Jak się u mnie sprawdził?

Moja opinia
+
 
+ perfekcyjnie głęboka czerń;
+ silikonowa szczoteczka;
+ mega trwały, nie wymaga poprawek w ciągu dnia;
+ rzeczywiście pogrubia i wydłuża rzęsy ale...


... na tym kończą się zalety...
-
- skleja rzęsy, co widzicie na zdjęciach;
- po aplikacji trzeba uważać bo odbija się na skórze;
- zdarza mu się czasami obsypać tworząc nieestetyczny makijaż;
- cena - przedział od 20 do 60 zł, w zależności od miejsca zakupu O ile 20 zł to nie dramat, 60 zł to totalna katastrofa.


Czy kupię ponownie? Sama do końca nie wiem... Niby fajnie pogrubia rzęsy ale co z tego skoro niemiłosiernie je skleja i niczym nie jestem w stanie ich rozczesać?

A jakie są Wasze opinie na temat tego tuszu?

poniedziałek, 21 listopada 2016

5 powodów, dla których pokochałam czytnik E-Book InkBOOK Classic - recenzja po kilku miesiącach użytkowania.


Gdy mol książkowy wkracza do świata, a raczej e-świata, gdzie życie płynie szybciej niż komukolwiek się wydaje, dostrzega wagę i rozmiar książek. Niestety lżejsze są te w formacie epub lub mobi... I w dodatku można ich mieć z kilkanaście tysięcy na raz w mini torebce. To straszne, ale tak właśnie się stało! Odpuściłam szeleszczącym i pachnącym kartom, na rzecz InkBooka. I z przerażeniem stwierdzam, że dzięki temu dużo więcej czytam i jestem szczęśliwsza. 

Dziś przedstawię Wam wady i zalety tegoż wynalazku po kilku miesiącach użytkowania. Zainteresowani? :)

 Nie zaprzeczę, do kupna czytnika e-book przymierzałam się od kilku lat. Ciągle jednak się wzbraniałam wmawiając sobie, że czytanie na laptopie lub telefonie jest porównywalnie komfortowe, co na owym czytniku. I nie muszę chyba wspominać, w jak wielkim byłam błędzie...



Suma summarum czytnik zakupiłam poprzez stronę internetową avans  tutaj też macie całą specyfikację sprzętu, w którą nie będę się zagłębiać, a skupię się na tym co najważniejsze, czyli moich odczuciach. Obsługa InkBooka jest mega intuicyjna, do wszystkich detali urządzenia dotrzemy w ciągu kilku minut, a oto powody, dla których pokochałam InkBook.

1. Fantastyczne powiększanie tekstu.
Z reguły za czytanie drukowanych książek zabierałam się, gdy miałam dużo więcej czasu. Nie lubiłam przerywać po kilku, kilkunastu zdaniach, bo później przy kolejnej wolnej krótkiej chwili i tak wracałam do początku strony, i jak się okazywało czytałam tekst po kilka razy nim dotarłam do momentu, w którym kończyłam ostatnio. Było tego mega frustrujące. Tutaj problem znika, fantastycznie powiększona czcionka sprawia, że mogę czytać nawet w minutowym oczekiwaniu na tramwaj i nie powielam wcześniej wspomnianego błędu. Oczywiście jeśli ktoś nie jest miłośnikiem tak wielkich literek, może czcionkę dowolnie konfigurować. Ponadto można zmieniać odstęp między wersami, marginesy, a nawet orientację poziomą lub pionową tekstu.



2. Wytrzymała bateria.
Z czytnika korzystam niemal codziennie po około 1-2 godziny. W czasie trzech miesięcy, ładowałam go tylko raz. To zdecydowanie ułatwia sprawę.

3. Wygoda.
O tym, że mogę zmieścić nawet w najmniejszej torebce kilka lub kilkanaście tysięcy książek na raz już wiecie. W tym punkcie chciałam jednak ująć funkcjonalność. Po pierwsze to klawisze znajdujące się po obu stronach InkBooka, dzięki którym można przełączać strony niezależnie od tego w której dłoni trzymam akurat czytnik. Po drugie dzięki swoim niewielkim rozmiarom niezwykle wygodnie leży w ręce i nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Ponadto jest o niebo lepszy dla oczu niż telefon czy komputer. Główne menu przedstawia m. in. procentowo w jakim stopniu przeczytaliśmy daną książkę. To świetna informacja dla tych, którzy lubią kontrolować ile zostało im do końca lektury.


4. Dużo więcej czytam.
Nie ukrywajmy. Jestem zabiegana. Nie mam czasu jeździć do biblioteki, pilnować oddawania książek w terminie, nie mam czasu na codzienne czytanie bez przerw. InkBook rozwiązał wszystkie moje problemy. Niestety coraz więcej książek dostępnych jest w wersjach jedynie elektronicznych. Na nowo odkrywam radość z czytania, jadąc autobusem, stojąc w kolejce do kasy, czy nawet czekając na tramwaj na przystanku. Żałuję jedynie, że tak późno po czytnik zasięgłam.

5. Nie muszę mieć zakładek.
Przy klasycznych książkach zakładki często gubiłam, nigdy nie pamiętałam na której stronie kończyłam czytać, więc jeśli wędrowałam z książką dalej niż poza sypialnię, doznawałam frustracji. Tutaj problem znika. Gdy kończę czytać po prostu wyłączam urządzenie nie martwiąc się, że muszę cokolwiek zapisać, założyć zakładkę czy cokolwiek innego. Czytnik sam zapamiętuje, na której stronie skończyłam czytać i to niezależnie od liczby aktualnie czytanych książek. Ekstra rozwiązanie!

Jakie ma wady?
Czasami się lekko zawiesza w przerzucaniu stron, pół sekundy to czasami standard nim zareaguje. Długo się uruchamia, musimy dać mu przynajmniej minute na rozruch. Nie podświetla matrycy, ale wystarczy zakupić lampkę led do czytników. I szybko rysuje się ekran, ale na to znalazłam radę tworząc swoje własne etui KLIK. Ponadto nie pachnie jak książka, nie szeleści, nie ma w sobie tego "czegoś", co może skutecznie odstraszać klasycznych moli książkowych ;)


Jestem ciekawa czy stawiacie na zwykłe książki czy też wolicie czytniki e-booków, a jeśli tak, to które są Waszymi faworytami? :)

piątek, 11 listopada 2016

Etui filcowe na inkbook. DIY. Zrób to sam !


Po zakupie inkbooka mądrzy mówili - zainwestuj w etui, przytakiwałam i odkładałam zakup na "odległe później". Zabierałam ze sobą inkbooka wszędzie. W podróż pociągiem, w 10 minutową jazdę autobusem, do poduszki, na przerwę w pracy. I pewnego dnia włączając moje cudowne urządzenie odkryłam rysy na wyświetlaczu... Moje przerażenie i strach w oczach nie znał granic. Jak tylko wróciłam do domu i znalazłam chwilę czasu, w ciągu godziny zrodziła się wizja, i powstało etui. Gdy praca paliła mi się w rękach pokazywałam Wam zdjęcia na moim instagramie. Zainteresowani? Zapraszam na tutorial :)

Tutorial powstał dla osób, które nie posiadają maszyny do szycia. Dysponują za to chęciami i chwilką wolnego czasu.

Potrzebujemy: 

+ filcowy materiał, najlepiej czterokrotnie szerszy od naszego inkbooka/kindla/czytnika;
+ nożyczki;
+ igła z nitką lub kordonkiem;
+ guzik;
+ szpilki;
+ linijka / miara krawiecka;
+ ozdobny materiał / koronkę / aplikację;
+ około 20 minut wolnego czasu.

Krok 1.
Chciałam żeby etui składało się z podwójnego materiału, niestety nie posiadałam tyle filcu ile chciałam, a etui musiałam mieć teraz, już! Dlatego materiał złożyłam w taki sposób, żeby tylko jedna ze stron była wzmocniona, czyli na trzy. Od inkbooka zostawiłam około 3,5 cm zapasu z każdej strony.


Krok 2.
Złożony materiał, który miał być po wewnętrznej stronie przyszyłam szwem krytym, czyli takim, którego nie widać po drugiej stronie.


Krok 3.
Ze skrawków filcu wycięłam cienki paseczek około 10 cm i wszyłam go do powstałej luki mniej więcej na środku.


Krok 4.

Odmierzamy dokąd sięga nasza pętelka i przyszywamy guzik na zewnętrznej stronie.


Krok 5.
Pora na ozdobne aplikacje! Możecie przyszyć co tylko Wam się podoba, cekiny, naszywki lub pominąć ten krok ;)
Ja postawiłam na ala róże z czarnej siatki z ozdobnymi materiałami. Przy użyciu koronki efekt będzie podobny :)


Jak je zrobiłam?

(1) wycięty kawałek materiału około 13 cm zwinęłam w rulon. (2) Przykładając go do filcu upinałam rogi szpilkami do materiału. (3) a następnie przyszyłam igłą z nitką. (4) na środku ozdobne guziczki.


Krok 6.
Pozostało obszycie materiału, najlepiej ozdobne, choć można szyć ściegiem krytym. Chciałam żeby szew na etui kontrastował z pozostałością, dlatego użyłam czerwonej nitki. Najlepiej do ozdobnego obszywania nadaje się kordonek, no cóż, nie posiadałam czerwonego. Złożyłam nitkę na 4 części i tak naklejając ją na igłę szyłam.


W jaki sposób stworzyć takowy szew?

1. Wbijamy igłę w materiał, przeciągamy na drugą stronę i wbijamy w dowolnej odległości w filc, nie zaciągając do końca nitki. 
2. W pętelkę przekładamy igłę z nitką
3. Zaciskamy.
4. Powtarzamy krok do samego końca.

I cóż? Gotowe :)





Jak Wam się podoba? 
Skorzystacie z mojego pomysłu?

poniedziałek, 7 listopada 2016

Million Dollar Lips, Wibo. Matowa pomadka do ust nr 1.


Nigdy nie miałam styczności z matowymi pomadkami do ust. Dzisiaj wiem, że odkrycia dokonałam zbyt późno.

Kilka słów od producenta:

Matowa pomadka do ust z długotrwałą formułą. Doskonała, aksamitna konsystencja gwarantuje precyzyjne pokrycie. Matowe wykończenie sprawia, ze usta wydają się pełne, wyraziste i kuszą swoim urokiem. Bądź gotowa na spektakularny efekt matowych ust! Dostępna w 4 kolorach.
 Dzisiaj prezentuję kolor nr 1. Brudny róż.



Moja opinia.
+
+ Kolor. Stonowany, idealny na co dzień, niezbyt krzykliwy, ale podkreślający naturalny kolor ust.
+ Trwałość. Wytrzymuje na ustach bez problemu 4 godziny. Mało tego, nawet jeśli dużo jemy i pijemy to kolor pigmentu tak mocno "wżera" się w usta, że nawet po zmyciu usta pozostają delikatnie różowe.
+ Dostępność i cena. Pomadki czekają w każdym Rossmannie w cenie regularnej około 12 zł. A to niewiele, ze tak fajny efekt. No chyba, że jest promocja, tak jak teraz, która trwa do 8.11.2016 r. Można kupić pomadkę za 8,99 zł. Wtedy trzeba się śpieszyć, bo kolorki million dollar lips schodzą, jak ciepłe bułeczki...
+ Wydajność. - Wysoki pigment sprawia, że pomadki wystarczy naprawdę niewiele by pokryć całe usta.
+ Zapach. Plastikowy, ale plus za to, że nie pozostaje na ustach.


-
- Suchość. Mat podkreśli każdą wysuszoną skórkę. Dlatego trzeba porządnie nawilżyć usta, nim przystąpimy do aplikacji pomadki.
- Uwaga na zęby! - Jeśli się spieszymy, różowe zęby gwarantowane, ale to chyba domena niemal każdej pomadki...

Podsumowując:
Mimo lekkiego wysuszenia kolor i trwałość przemawia w 100% na TAK, by kupić i mieć usta jak tytułowe milion dolarów ;))

PS. Z tego zachwytu sięgnęłam po kolejne dwa kolorki, na pewno zaprezentuję je na blogu.

A u Was jak sprawdziła się pomadka? :)

piątek, 4 listopada 2016

Farba do włosów garnier 7.3 naturalny złoty blond

 
Lubię eksperymentować z farbami, ale moje włosy już zdecydowanie mniej tolerują takowe zabiegi. Do tej pory moim ulubieńcem była farba Joanna naturalny blond, o której pisałam TUTAJ. Traf chciał, że podkusiło mnie na zakup nowej farby, czy wybór był trafiony? Zapraszam do recenzji.

Nie ukrywam, że do testów przekonała mnie maseczka z awokado i całą gamą obietnic fantastycznie nawilżających włosów po farbowaniu...

Moja opinia.

+ Konsystencja - taka dość rzadka, ale nie spływa po pędzlu, ani głowie. Za to fajnie się rozprowadza.
+Wydajność - jedna farba wystarczyła na pokrycie nie lada odrostów i nawet na odświeżenie koloru do połowy długości włosów. Jednakże już w trakcie farbowania te rudości i brązy budziły mój niepokój...



I na tym koniec plusów...

- Zapach - śmierdzi, ale chyba jak każda farba. Nic nazdzwyczajnego.
- Maseczka, która dołączona jest do farby mam wrażenie, że okrutnie przyczyniła się do przetłuszczania włosów, za nic ich nie nawilżyła, a wręcz włosy były jak siano...
- Cena - dałam za farbę 10 zł w promocji, standardowo kosztuje 15 zł. Niby to nie majątek, ale jednak wspominania Joanna kosztuje połowę taniej.
- Kolor - jak sami widzicie poniżej na zdjęciu przed i po teoretycznie tragedii nie ma. Kolor wyrównany, jest blond, więc o co chodzi? A no o to, że kolor zmienia się pod światłem i w rzeczywistości jest dużo ciemniejszy, niż obiecuje opakowanie. Nawet z poziomu czarnego nie powinnam otrzymać aż tak ciemnych włosów... No cóż, zafundowałam sobie ponownie ombre!


Podsumowując:
Jestem zawiedziona! Włosy są w dużo gorszej kondycji niż po farbowaniu Joanną, która podobno jest mega zła i okrutna dla włosów... A Garnier, nie dość, że włosom nie pomógł to i kolor wyszedł dużo ciemniejszy.

A Wy? Miałyście już do czynienia z tą farbą? Jak wrażenia? Jakie farby blond uważacie za najlepsze?

wtorek, 1 listopada 2016

Zott Primo jogurt natralny z dodatkami.


Na początku ubiegłego miesiąca zostałam zaproszona do testowania nowości Zott Primo - jogurtu naturalnego z dodatkami. Ilu z Was zdarza się zapomnieć śniadania? Ile z Was sięga po przekąski? Zamiast zapychać się naszpikowanymi cukrem batonami, lepiej sięgnąć po dużo zdrowszą przekąskę! Zott Primo dba o nas, zabieganych, jak nikt ;))

W zestawie, który otrzymałam oprócz informacji o jogurtach były również fantastyczne torby eko z przepięknym ludową wręcz aplikacją i logo firmy zott.

Do przetestowania miałam 32 jogurty o 8 różnych smakach. 16 pudełeczkami podzieliłam się ze znajomymi, pozostałe testowałam osobiście, wraz z rodziną.

Co jest ważne?

Jogurt naturalny jest totalnie bez cukru! Ponadto wyrabiany jest z mleka, pochodzącego od szczęśliwszych krów ;)


Jak wrażenia?
Mi najbardziej przypadły do gustu połączenia z musli. Super sprawa, przepyszne, lekkie, idealne na drugie śniadanie w pracy. Zdecydowanie mniej polubiłam się z owocowymi połączeniami, po prostu nie lubię jogurtów owocowych, za to mój mąż uwielbia się nimi zajadać.

Zdania wśród oceniających znajomych były mocno podzielone. Grono osób zakochało się podobnie, jak ja w połączeniu z musli, a kilka z osób stwierdziło, że to połączenie totalnie nie przypadło im do gustu... A szkoda, bo to samo zdrowie ;)


Gdzie można zakupić jogurty naturalne zott z dodatkami?
No właśnie i tutaj pojawia się problem. Podobno powinniśmy je zakupić w następujących miejscach:

Auchan Carrefour Eurocash Kaufl and Leclerc Makro Piotr i Paweł Eko ABC Delikatesy Centrum Lewiatan Groszek Euro Sklep PSD Intermarche Selgros

Mi udało się zastać jedynie w E.Leclercu i to w cenie o 10 gr droższej niż sugerowana. W Carrefourze widziałam je przez jeden dzień i to akurat w dniu, w którym nie miałam jak zabrać się z jogurcikami. Następnego dnia ślad po nich zaginął i sama nie wiem czy sklep je wycofał, czy o co chodzi? W pozostałych sklepach nikt nie widział, ani nie słyszał o jogurtach... Mam nadzieję, że z czasem dostępność do jogurtów znacznie się poprawi.


A Wy? Próbowałyście już jogurcików? :)

czwartek, 20 października 2016

183 metry strachu - recenzja filmu (2016).


Kto z Was lubi lazurową wodę, przepiękne, piaszczyste plaże, klify, spokój i ciepło? I dodam fantastyczne fale, idealnie dla surferów. Nasza główna bohaterka Nancy na każde z pytań odpowiedziała tak i wybrała się na kilka chwil relaksu do Meksyku.

Posurfować, pomyśleć, odpocząć i poukładać kilka spraw. Poleciała w miejsce, w którym kiedyś już była, ale jako nieświadoma niczego istota w brzuchu matki, która zmarła na raka. Owa plaża ma dla Nancy ogromne znaczenie. Wszystko zapowiada się na pozór pięknie, ale co dalej?

Film wciąga od pierwszych minut. Może to za sprawą jednej z moich ulubionych aktorek - Blake Lively (pokochałam ją dzięki "Stowarzyszeniu wędrujących dżinsów"). A może za sprawą widoków, które nie było dane mi widzieć, a dotyk wiatru, fal i słońca w filmie jest tak realistycznie przedstawiony, że jest niemal wyczuwalny na ciele widza. Zapierające dech w piersiach panoramy, strach  i sekundowanie bohaterce w trudnych chwilach, dodają pikanterii fabule.


Z pozoru nic nie zapowiada tragedii, nie słyszano bowiem od dawna o rekinach, atakujących ludzi. I tutaj zaczyna się dramat naszej bohaterki... Pojawiający się na horyzoncie ludzie, którzy wzbudzają w Nancy odrobinę nadziei giną ze szczęk rekina... Wydawać by się mogło, że patowa sytuacja skazana jest na niepowodzenie, nawet mewa ze złamanym skrzydłem, która towarzyszy bohaterce w trudnych chwilach wydaje się być bez nadziei...

Historia jednak kończy się banalnie. Nie chcąc jednak zdradzać zakończenia powiem tylko tyle, że nie liczą się ostatnie minuty filmu, ale cała historia, walka. Ukazane symbole, wspomnienia i determinacja bohaterki niemal skazanej na śmierć pochłaniają do cna. I nie pozwalają o sobie zapomnieć na długi, długi czas.

Polecam wszystkim, którzy chcą poczuć nutkę adrenaliny i zagłębiać się w panoramy, niczym z turystycznych folderów.

Zdjęcia pochodzą z filmweb.pl

poniedziałek, 3 października 2016

# czarnyprotest


Nie mam słów, by opisać to, co dzieje się w Polsce... Kościół i jego racje, to temat rzeka, a chcąc wyrazić własne zdanie, łatwo narazić się na krytykę. Jedno jest pewne - niech kościół zajmie się sobą i swoimi wiernymi, bez ingerencji w tych, którzy nie szkodzą im - nie wierząc.

Nie bez powodu jestem daleka od wszystkiego, co głosi kościół. Nie bez powodu nie pobraliśmy się w kościele, nie bez powodu już dawno przestałam słuchać księży i ich wiedzy o życiu. To, co się dzieje... przechodzi wszelkie słowa krytyki. Dlaczego ja, jako młoda kobieta nie mam prawa do przerwania ciąży, jeśli zagraża mojemu życiu lub życiu dziecka?

Dlaczego ciemnogród i średniowiecze powraca?

Może rozpalmy stosy i zacznijmy na nich palić... księży. Owe ustawy i mądrości mam nadzieję, że sprawi, by od kościoła odwróciło się jeszcze więcej ludzi. Co znaczyć będzie tylko tyle, że przejrzeli na oczy. Niech sekta głosząc swe herezje, nie wychodzi poza kościół...

Niechaj ten post będzie znakiem solidarności z kobietami, które tak samo jak ja, chcą mieć wolność wyboru!!

środa, 21 września 2016

Po ślubie wszystko się zmienia...

Na wieść o moim zamążpójściu słyszałam wiele rad i opinii. Jedni gratulowali, inni przestrzegali i patrzyli na mnie ze współczuciem. Mimo wszystkich za i przeciw postawiłam na swoim. Bo co mi po opiniach innych ludzi? Ważne jest przecież nasze szczęście.... Chcecie poczytać, jakie rady słyszałam?

- Uważaj w co się pakujesz!
Mówiły rozwódki i rozwodnicy. Patrzyli z pogarą w oczach i sugerowały mi, że widzą moją naiwność. Mimo, że nie próbowałam wybijać im z głów ich przekonań, ani wdawać się w dyskusje, powtarzali jak mantrę, że po ślubie wszystko się zmieni. Że mąż zacznie zdradzać, albo że przesatnie być kochany i zacznie bić. Albo, że skończą się wspólne wieczory i sprawy, że małżeństwo to obłuda i że będę za parę lat żałować. Sugerowały, że spotka mnie ten sam los, co ich. Nie ma to jak komuś dobrze życzyć, prawda?

- Ale czy ty na pewno wiesz co robisz?!
Pytały z zażenowaniem w głosie stare panny i wieczne singielki (zwał, jak zwał). Bo przecież skończy się życie w stylu "hulaj dusza - piekła nie ma". - A nie skończyło się w momencie, gdy weszłam w związek? - Pytałam, a one kręciły głowami, stwierdzając, że ich nie rozumiem. Ba! Twierdziły, że ja po prostu pęknę i nie wytrzymam tyle z jednym facetem! A skąd mogły wiedzieć, jakie są moje oczekiwania? Skoro nawet nie pytały, tylko mierzyły świat swoją miarą.

- Obyście wytrzymali tyle co my!
Mówili staruszkowie, ze stażem małżeństwa równym kilkadziesiąt lat z ciepłem w głosie i oczach. Życzyli szczerze wszystkiego co najlepsze i powtarzali, że przepis na udane małżeństwo to ciągła rozmowa, akceptacja, miłość i przede wszystkim szczera, prawdziwa przyjaźń!

I chyba nie zdziwi nikogo, że tylko i wyłącznie te ostatnie słowa traktowaliśmy i traktujemy poważnie. Bo jako jedyne płynęły z serca, bez zbędnej zazdrości.

A po ślubie? Nic się nie zmienia, może poza faktem, że jest po prostu lepiej i więcej miłości, i że mam inne nazwisko, i obrączkę na palcu :)

O MNIE

Moje zdjęcie
Kobieta pracująca. Żona. Zakochana w mężu i podróżach. W wolnych chwilach przerabia ubrania i grzebie w DIY. Lubi pisać, od zawsze. Zdarza jej się czytać bardziej lub mniej ambitne pozycje. A tutaj dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami. Zapraszam do zakładki O MNIE. Przedstawiam genezę i cel prowadzonego przeze mnie bloga ;)

Łączna liczba wyświetleń

OBSERWATORZY

INSTAGRAM

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *