środa, 22 marca 2017

Jak zrobić legowisko dla psa?


Dobrze, gdy futrzak ma swój kąt w domu i przytulne spanko. Dlatego dziś pokażę Wam, w jaki mega szybki i prosty sposób zrobić legowisko - poduszkę dla psa.

Czego potrzebujemy?
* miara / centrymetr krawiecki
* nożyczki
* szpilki
* kredka do zaznaczenia materiału
* igła, nitka, opcjonalnie maszyna do szycia
* materiał
* wypełnienie poduchy - gąbka, koc, cokolwiek miękkiego.




Ja do wykonania legowiska użyłam gąbki ze starego łóżka. Jest w dwóch kawałkach, bo to po prostu pozostałe resztki od poprzedniego projektu. Mój pies bardzo upodobał sobie owy materiał i przeogromną chęcią na nim się wylegiwał, o czym przekonałam się tworząc zagłówek do łóżka. Myślę, że za jakiś czas pokażę Wam owe dzieło :)

Jako poszewka posłużyła mi ogromna, babcina spódnica o pięknym materiale, pasującym do wystroju pokoju. Wy możecie użyć prześcieradła, poszewki na poduszkę, koca lub czegokolwiek, co będzie w odpowiednim rozmiarze i stworzy poszewkę na legowisko.

Wymiary:
Polecam zmierzyć długość i szerokość pieska w czasie snu. U mnie wymiary legowiska to 45 cm na 75 cm. Czyli materiał potrzebny do obszycia to (liczę z zakładkami na obszycie) około 130 cm na 85 cm.

Ok! To do roboty! :)

Wewnątrz spódnicy włożyłam gąbkę i zaznaczyłam z trzech stron szpilkami i kredką boki poszewki. Zszyłam na maszynie, obcięłam i obszyłam boki. A co z czwartym bokiem? Zależało mi, żeby poszewka była ściągana w celu wyprania i żeby nie posiadała guzików, ani zamka. Obawiałam się, że piesek mógłbyś wpaść na pomysł obgryzienia zapięcia i cała robota poszłaby na marne :P Dlatego postawiłam na poduszkę zakładaną o tym, jak ją wykonać pisałam już kiedyś TUTAJ (krok 5).





Koszt wytworzenia legowiska w moim przypadku wyniósł 0 zł, poza poświęconym czasem, który był oczywiście przyjemnością. Polecam tworzyć legowisko w przypadku posiadania odpowiednich  materiałów. Wtedy naprawdę się opłaci. Bowiem widziałam w gazetce promocyjnej biedronki, że legowiska są w cenie od 40 zł. Zrobione z dużo lepszych materiałów, "dizajnerskie", wahają się w okolicach 100 zł.

I jak Wam się podoba? Mój piesek, co prawda nie jest najlepszym modelem, ale z chęcią wyleguje się na swoim nowym łóżeczku ;)




sobota, 18 marca 2017

Zdrowie na talerzu, czyli: fińskie masło, klasyczne i solone. Finuu.

Od dziecięcych lat jestem wielbicielką masła, takiego prawdziwego, klasycznego. Ale chyba nie muszę mówić, jak nadmiernie często używane niekorzystnie wpływa na wagę, wygląd i zdrowie. Co więcej? Klasyczne masło wypada trzymać poza lodówką, bo w zimnej temperaturze kostnieje i sprawia, że rozsmarowanie na bułce lub chlebie to nie lada wyzwanie. Finuu bez obaw możemy odstawić do lodówki. Nie zmieni swojej konsystencji, wciąż będzie zwarte i gotowe do działania ;)

W ramach kampanii streetcom, otrzymałam do testów fińskie masło Finuu w dwóch wariantach: klasycznym i solonym.




Finuu to połączenie fińskiego masła, oleju rzepakowego, oleju z lnianki, witamin A i D. Oleje z rzepaku i lnianki to bogate źródło kwasów omega-3.

Kiedy najczęściej używam Finuu?

Obawiałam się, że Finuu solone, będzie słone. Jednakże sól nadaje masłu po prostu delikatny i nieco inny smak, niż klasyczna wersja.
Przepysznie smakuje, jako po prostu maseło na kanapki z warzywami, z serem lub wędlinom.
Na instagramie pokazywałam Wam moje ulubione połączenie - kanapka z finuu, awokado, solom i pieprzem, pychota!!



Wychowałam się na wsi, więc smak młodziutkich i prosto z pola ziemniaczków z masełkiem, to jedno z najlepszych wspomnień. Teraz już mieszkając w mieście nieco trudniej o smak tych młodych, przepysznych warzyw. Ale ziemniaczki z koperkiem i masełkiem uwielbiam cały czas. Do tego kurczak w ziołach i sałatka z pomidorków. Palce lizać!


O dziwno, finuu można używać do smażenia. Jajecznica na solonej wersji to niebo w gębie! Dodaje delikatności, maślany smak zamienia zwykłą jajecznicę w mistrzostwo :D

Produkt rekomendowałam rodzinie i znajomym, wszyscy zgodnie ze mną uznani, że #pyszniebozfinnu #naturalnieismacznie i #bezkonserwantów :)

poniedziałek, 13 marca 2017

Zapomniany przyjaciel.

Weronika pocierała palcem klawiaturę swojego telefonu. Ile to już minęło lat? - Pytała w myślach samą siebie. Kiedyś łączyło ich wiele, niemal wszystko. Wspólne wieczory, obejrzane filmy, litry lampek wypitego wina, mokre od łez ramiona i policzki, pękające z bólu od śmiania się do rozpuku. Aż w końcu coś zawsze szło nie tak...

Odległość.
Z Eweliną drogi rozeszły się bo... Weronika sama do końca nie zna odpowiedzi. Obie zaczęły licea w różnych miastach i jakoś tak... bardzo łatwo się od siebie oddaliły. Potem narastała złość i żal. Bo gdy jedna chciała nadrobić stracony czas, druga nie mogła ugasić bólu odrzucenia, gdy potrzebowała przyjaciółki w najgorszych chwilach. I jakoś tak od słowa do słowa, przestały odpisywać na swoje smsy. Nie dzwoniły, życie popłynęło dalej, a w umysłach pozostały wspomnienia kilku lat dobrej i wspaniałej przyjaźni. To z nią smakowała pierwszej wódki i opowiadała o pierwszych pocałunkach. To z nią potrafiła przegadać całe noce i dnie. I opowiedzieć o wszystkich, nawet najgłębszych sekretach. I tak wiele się zmieniło, że to wszystko co było, a czego już nie ma nagle zaczęło blaknąć. Bo ile warta jest przyjaźń, która tak nagle się kończy?

Zazdrość.
Parę lat temu połączyła ich wspólna pasja. Później poróżniło życie. Dorota nie chciała się ustatkować, szalała i skakała z kwiatka (chłopaka) na kwiatek. I gdzieś czuła w sobie zazdrość, że Weronika ma inne plany. Że ma inne życie. Mniej szalone, ale stabilne. Kochającego faceta, plany o domu, rodzinie. Że lada moment stanie na ślubnym kobiercu. I wbijała kolejne szpilki w serce Weroniki. Aż Werka nie wytrzymała i nie pozostawała dłużna tym wszystkim ciosom. Zniknęła szczerość, a koniec przyjaźni przypieczętowało wyznanie Doroty, która ze skruchą wyznała, że szydziła z przyjaciółki, bo zwyczajnie była zazdrosna. I chciała choć przez chwilę poczuć się tak samo, jak ona... Weronika nie umiała wybaczyć. Nie wierzyła, że Dorka kiedykolwiek się zmieni. I niestety miała rację.


Miłość.
Weronika nigdy nie wierzyła w przyjaźń damsko-męską. Dopóki, dopóty nie poznała Dawida. Fajny kumpel. Miał dziewczynę dziecko, a ona narzeczonego. Było fajnie, miała wrażenie, że znają się od zawsze. Uwielbiała z nim rozmawiać. Opowiadać mu o błahostkach. Czasem miała wrażenie, że dawał jej to, czego nie otrzymywała o swojego faceta... I już prawie, gdy zaczęła czuć, że wszystko wymyka się spod kontroli Dawid pocałował ją na jednym ze spotkań. Dla Werki to był strzał w policzek. Wyznaczyła granice, bo kochała nad życie swojego faceta i straciła przyjaciela. Nagle oświadczył jej, ze jego dziewczyna pewnie jest zazdrosna i musi zakończyć tą znajomość. Tak nagle, z dnia na dzień. Czyli sam pogubił się, zadłużył i liczył tylko na jedno...

Mówi się, że nie warto oglądać się za przyjaciółmi, którzy odeszli. Bo nie byli nas warci, bo to zupełnie nic nie warte relacje. Bo jeśli coś nie jest w stanie przetrwać próby czasu i przeciwności losu, nie zasługuje na naszą uwagę. Ale ile w tym prawdy? Gdy ból straconych przyjaciół rozszarpuje serca na kawałki. Bo przecież wina była po obu stronach. Ludzie przychodzą i odchodzą, tylko dlaczego tak boleśnie? - pytała samą siebie Weronika.

Wprowadzam na blog nowy cykl opowiadań. Obok cyklu "kobieta, która..." pojawią się nowe. Opowiadania krótkie lub długie. Szokujące lub pozytywnie rozbrajające. Z morałami lub bez. Jestem ciekawa, jak Wam się spodoba. Czekam na Wasze opinie. ;)

piątek, 10 marca 2017

Bo w ciąży wszystko się zmienia.

Tak mówią mamy, babcie, kobiety - matki pełną parą. Szczególnie te, które wyczekują dwóch kresek na teście ciążowym szczególnie mocniej, niż inne. Dziś przychodzę pochwalić Wam się nowiną i opowiedzieć, jak to było i jest ze mną ;)

Łaskawy czas.
Kiedy dobijam do końca pierwszego trymestru nie ukrywam, że powoli zaczynam oddychać z ulgą. Szczególnie, że dziecko rozwija się prawidłowo i szansa na poronienie z każdym dniem maleje. :) Nakarmiona opowieściami mam, koleżanek i scenami z filmów, byłam nastawiona na prawdziwy armagedon. A  co się okazało? Że na szczęście dla mnie, to wszystko było przereklamowane. Zero mdłości, zero zawrotów głowy, zero zachcianek, zero jakiegokolwiek dyskomfortu. Mniej więcej w 7-8 tc przestałam nawet tak często, jak przez poprzedzające 2-3 tygodnie odwiedzać toaletę i zniknęła bolesność piersi. W ciągu tych trzech miesięcy przytyłam 0,5 - 1 kg. Czyli tyle co nic :) Gdyby nie fakt, że ciążę potwierdziłam w prawie 5 tc i zniknął totalnie okres, mogłabym żyć w błogiej niewiedzy :)

A jak u Was drogie mamuśki? Jak Wam minął pierwszy trymestr? :)

piątek, 3 marca 2017

List pożegnalny.

 

"Gdy czytasz te słowa, mnie już nie ma. Jestem szczęśliwa. Jestem spokojna. Już nikt i nic nie może mnie zranić. Już nigdy mnie nie odrzucisz, już nigdy nie wywołasz u mnie łez. Mojego ciała nigdy nikt nie znajdzie. Choćby nawet, to nigdy go nikt nie rozpozna. Pokaż te słowa policji, niech zwrócą Ci wolność tu i teraz. Niech nie szukają, bo nie ma czego. Mnie już nie ma... W końcu odzyskałam spokój duszy i cała... Bądź szczęśliwy. Kocham Cię - M."

Eryk z nie dowierzaniem przecierał oczy. Nerwowo skakał wzorkiem literka po literce, nie mógł nic zrozumieć z poplamionej od łez kartki. Szybko chwycił telefon i wykonał połączenie do żony. Jej telefon odezwał się w salonie. Na stole leżała też jej torebka, a obok portfel z dokumentami. Dalej połyskiwała w promieniach słońca obrączka. - Gdzie ona do diabła jest?! - Wykrzyczał.

- Magda zaginęła, nie ma jej nigdzie, zostawiła list pożegnalny! - Nerwowo wypowiadał słowa przez telefon do swojej matki. - Co ja mam zrobić, co ja mam zrobić, gdzie ja mam jej szukać?!?!? - Krzycząc zwinięty w kłębek ronił łzy...
Próbował ponieść się z podłogi, ale coś kłuło go w klatce i nie pozwalało się ruszyć. To zawał? Czy atak paniki? Czy ja umieram? Gdzie moja ukochana?! - Krzyczał i płakał waląc głową o lite drewno.
I nagle wszystko ustało, ból, nastąpiła nicość i pustka.

Ciszę przerwał dziwny dźwięk. To budzik. Eryk usiadł zdyszany na łóżku. Obok smacznie spała jego żona. Wczoraj okropnie się pokłócili. Ona zasypiała zapłakana, a on czekał aż w końcu się uspokoi, nie miał nawet ochoty ująć jej w ramiona, a teraz... ten sen. Co by było gdyby...? Przecież ma tylko mnie... Może to znak? Przecież nie wie co kłębi się w jej głowie. Myśli Eryka wrzały w głowie i zalewały go niepokojem... Muszę wszystko naprawić, nie mogę pozwolić jej odejść - w pośpiechu biegł do kuchni przygotować śniadanie... Ja wszystko jej wynagrodzę, niech tylko zostanie ze mną na zawsze...

Wprowadzam na blog nowy cykl opowiadań. Obok cyklu "kobieta, która..." pojawią się nowe. Opowiadania krótkie lub długie. Szokujące lub pozytywnie rozbrajające. Z morałami lub bez. Jestem ciekawa, jak Wam się spodoba. Czekam na Wasze opinie. ;)

wtorek, 28 lutego 2017

Na której dłoni nosić obrączkę?

Obrączka - symbol niekończącej się miłości małżonków. Błyszczącej, jak nieskazitelność. Informującej z daleka potencjalnych interesantów o sformalizowanym związku. Kolejne złotko lub sreberko do kolekcji. Jedni nie noszą wcale, inni afiszują się w niemal każdej sytuacji. Jedni chcą mieć, bo tak modnie, inni, bo do tego zmusza ich żona. Ale na której dłoni i palcu nosić obrączkę?

Zwolennicy lewej.
Znam wiele osób, które zgodnie z systemem amerykańskim nosi obrączkę na lewej dłoni, na serdecznym palcu. Mówią, że im bliżej serca tym lepiej. Znam nawet zagorzałą rozwódkę (na swoim koncie ma już trzy rozwody), którą bardzo oburza każda obrączka na prawej dłoni. Co ciekawe kiedyś pokazując zdjęcia z dzieciństwa swojego syna na jej prawej dłoni błyszczał złoty krążek. Czyżby nieudane małżeństwa skłoniły ją do takich refleksji? Kiedyś panował pogląd, że na lewej dłoni obrączkę noszą tylko wdowcy i rozwódki, na znak odzyskanej wolności. I jednocześnie hańby zagorzałych katolików...

Zwolennicy prawej.
Tradycjonaliści z naciskiem na - polscy tradycjonaliści, wybierają prawą dłoń i serdeczny palec. Ta zasada jest od tak dawna wryta w obraz polskiego małżeństwa, że i mi się udzieliła. Od samego początku pierścionek zaręczynowy noszę na prawej ręce, serdecznym palcu. Teraz dołączyła do tej kolekcji skromna obrączka. Czy czuję się lepsza lub gorsza? Nie. Tak mi po prostu wygodnie. Podoba mi się owa polska tradycja. To część mojej biżuterii, codzienności, znak miłości naszego małżeństwa.


Znam małżeństwo, które nosi obrączkę na środkowym palcu. Oboje, konsekwentnie, bo tak im się podoba. W gronie znajomych żartują, że gdy jedno chce coś od drugiego, to pokazują w sposób dobitny na którym palcu mają swoją obrączkę. Między wersami odczytać możemy co chcą sobie przekazać. Doza humoru jest najważniejsza.

A tak naprawdę to nieważne, która dłoń, który palec, czy jaki wzór obrączki... Nieważne, czy ją mamy tylko w sercu, czy na palcu. Ważne, by być szczęśliwym, wiernym i kochać, z wzajemnością ;)

A Wy? Na której dłoni nosicie lub nosić chcecie obrączkę?

sobota, 25 lutego 2017

Kobieta, która... zemstą krzywdziła dziecko.

W domu Asi nie było najgorzej, ale rodzice żałowali jej każdego grosza. Jako młoda dziewczyna (w sumie to nawet jako dziecko !) chciała na wakacje dorobić parę gorszy i zaczęła chodzić na zbiór truskawek u miejscowych "bogaczy". Ludzie wyciągali tam około 50 zł dziennie, tyrali jak dziki... Wtedy to były dla niej kolosalne pieniądze i tak samo niemożliwe do osiągnięcia. Miała 11-12 lat, chciała dorobić. Wstawała o 4 rano i wsiadając na rower jechała daleko za wieś na miejscową plantację.

Czas start!
Krew Asi zawsze kochały komary. I tamtego dnia nie pomogły ani offy, ani cokolwiek innego. Pracowała mniej więcej od 4:30 do 8-9 rano. Na tyłku, udach i plecach miała bąbel przy bąblu od ukąszeń komarów. Zarobiła ledwo 20 zł... dlaczego? Właścicielką była mama koleżanki z klasy Asi. Owa dziewczyna o imieniu Weronika, dość popularna, nieszczególnie sprawiała wrażenie, że lubi Asię. Była wręcz zazdrosna o jej oceny, o uznanie od nauczycieli, o to, że po prostu nie musiała się przykładać do nauki, a szło Aśce o stokroć lepiej niż Weronice. A przecież nie robiła tego specjalnie. Weronika po prostu nie znosiła, gdy ktoś był od niej lepszy...

A matka szczególnie przypatrywała się każdemu koszykowi truskawek, który przynosiła Asia. Czepiała się najmniejszych szczegółów. Potrafiła odrzucić cały lub pół koszyka. Łaziła za dziewczyną i krzycząc wytykała, że nie tak zrywa, że niszczy krzaczki. A przecież rodzice dziewczyny też mieli truskawki, nie na sprzedaż, ale takie do domowych przetworów. Co prawda było ich dużo mniej niż na plantacji, ale pielęgnacja i zbiory zajmowały naprawdę dużo czasu. I nigdy od rodziców nie usłyszała, ze robi coś nie tak. Łzy ciskały jej się do oczu, ale zagryzała wargi i chciała pokazać, że potrafi.

Gorzkie słowa.
W końcu przy rozliczeniu przy wszystkich owa mama powiedziała słowa: "Nie jesteś we wszystkim najlepsza, zastanów się, czy się w ogóle nadajesz do takiej pracy. Koszmarnie ci idzie, nie odróżniasz truskawek gotowych do zbioru". Płakać jej się chciało jeszcze bardziej. Szczególnie, że były tam inne dzieci i dorośli ludzie, którzy oddawali truskawki w jeszcze gorszym stanie, mniej dojrzałe lub wręcz spleśniałe. Niszczyli krzaki tysiąc razy bardziej niż Asia. Ale ich się nie czepiała. Bo byli stałymi bywalcami? Bo byli tanią siłą roboczą? Tego nie wiadomo. Miejscowe pijaczki i typowi wieśniacy szyderczo i głośno śmiali się z dziewczynki, nazywając ją paniusią, która ma dwie lewe ręce... Za mamą stała jej córeczka, Weronika. Jakoś dziwnie się uśmiechała, ale Asia nie potrafiła rozszyfrować tego uśmiechu. Dla dziewczynki to był cios poniżej pasa.


Bonus.
Tamtego dnia na koniec zbiorów każdy dostał bonus - jeden koszyczek truskawek. Należy przypomnieć, że płacili wtedy za taki zbiór 2 zł. Owa truskawkowa mama twierdziła, że Asia nie zapracowałam na bonus. Wybronił ją jej mąż, wręczając koszyczek dziecku i mówiąc do swojej żony, że nie powinna wyróżniać, bo każdy pracuje jak najlepiej potrafi. Aśka chwyciła koszyk, marne 20 zł i dosłownie uciekła stamtąd. Wypłakała się po drodze i do końca wakacji nie mogłam patrzeć na truskawki. Te, które przywiozła nawet nie jadła. Oddała rodzicom, wzięła prysznic i przespała resztę przedpołudnia. Była strasznie zmieszana i nie rozumiała dlaczego w tak banalnej pracy się nie sprawdziła. Wtedy nie rozumiała usłyszanych słów matki koleżanki. Oczywiście w obawie przed jeszcze większym potępieniem nikomu o tym nie powiedziała.
- Bałam się, że słowa dorosłych są najważniejsze, ważniejsze od prawdy i że ja naprawdę do niczego się nie nadaję... - wspomina ze łzami w oczach. Bała się, że rodzice jeszcze bardziej ją skrytykują. A wiedziała, że są do tego zdolni. Dusiła swój ból, który jeszcze bardziej zniszczył jej wątłą pewność siebie.

Gdy prawda wyszła na jaw. 
Dopiero później przy którejś z jesiennych wywiadówek, mama Asia przyniosła wieści, w których owa truskawkowa matka opowiadała, jak jej maleńka córeczka - Weronika przychodzi się wypłakiwać, bo jest nieakceptowana w klasie i są dziewczyny, które za wszelką cenę próbują jej pokazać, że nie jest najlepsza... Nieakceptowana? Przecież była uważana, za najlepszą, najładniejszą, najfajniejszą i najbardziej popularną dziewczynę w szkole. I wtedy dopiero wszystko ułożyło się w jedną całość...

Historia, którą przedstawiam wydarzyła się naprawdę. Za jej zaprezentowanie dziękuję Asi. A oto kilka słów od naszej bohaterki:

"I tak oto, gdy chciałam pokazać, że potrafię dostawałam kopa w du*ę, by znów stoczyć się na dno i zrozumieć, że do niczego się nie nadaję. Jakbym zbyt rzadko słyszała to w rodzinnym domu... Wtedy nawet nie potrafiłam się obronić przed truskawkową mamą. Żałuję, że wtedy nie było przy mnie kogoś, kto by mnie naprawdę wysłuchał i uświadomił, że to babsko robi wszystko z zawiści i zemsty... Żałuję, że pozwoliłam w dalszym ciągu niszczyć swoją pewność siebie. Może nie byłam najlepszą z możliwych zbieraczek, może nie szło mi idealnie, ale nie musiała krzyczeć na mnie i upokarzać mnie przy wszystkich ludziach. Dziś jestem silna i mimo, że rozumiem sytuację wspominam historię ze łzami w oczach... To taka rana, która niby jest zagojona, ale jedno wspomnienie wystarczy, by móc je rozdrapać na nowo."

 Kobieta, która... to nowy cykl na blogu. Będę umieszczała historie wielu kobiet. Te zasłyszane, podsłuchane, wymyślone, podejrzane. Postaram się Was szokować, zaskakiwać, bawić i dziwić. Jeśli znasz historię kobiety, którą chciałabyś/łbyś się z nami, bloggerami podzielić koniecznie napisz na networkerka@gmail.com Czekam nie tylko na opowiadania, ale i kilku zdaniowe streszczenia, i inspiracje. :)

czwartek, 23 lutego 2017

"Żywioł. Deepwater Horizon" - czyli oko w oko z morskim żywiołem.


Dawno żaden film katastroficzny nie wywarł na mnie tak wielkiego wrażenia jak Deepwather Horizon. Najlepsze jest to, że wszystko działo się naprawdę. Reżyser nie szczędzi żadnych obrazów i szczegółów. Film przedstawia nie tylko wybuch morskiej platformy wiertniczej, który doprowadza do największego wycieku ropy w historii USA, ale pokazuje też ludzki dramat...

 Historię obserwujemy od strony szefa IT - Mike. Poznajemy jego wspaniałą rodzinę, przeuroczą córkę i fantastyczną żonę. Bez obaw wylatuje do swojej pracy. W końcu to nie pierwsza taka sytuacja. Razem z nimi przewijają się losy przemądrzałych szefów koncernu BP, masy specjalistów, obchodzących się na co dzień z przeogromną machinerią. Znających każdą śrubkę od podstawy. Dokładnie widzimy z jakim ogromem mamy do czynienia. Nigdy nie interesowałam się co prawda platformami wiertniczymi, ale doprawdy nie sądziłam, że ich ogrom jest tak trudny do opisania...

Jedno zaniedbanie doprowadza do tragedii wielu ludzi... Widzimy ich strach, razem z nimi czujemy dreszcz emocji, zagubienie i czujemy na skórze przerażający żywioł morski... Nie wyobrażam sobie dramatu rodzin osób zaginionych, ani cierpienia tych, którzy stanęli oko w oko z morskim żywiołem.

Sceny z filmu tak dobitnie pokazują, z jak przerażającą historią mamy do czynienia. Jak kruche jest życie ludzie, gdy staje oko w oko z żywiołem. To nie jest taki sam lub porównywalny film do innych. To film, który zapiera dech w piersiach, daje sporej dawki emocji  i nie pozwala zapomnieć o sobie na długi czas...

zdjęcie pochodzi z serwisu filmweb.pl

wtorek, 21 lutego 2017

Suplement diety ACEROLA 500 mg - Gorvita.


Witamina C ponoć jest dobra na wszystko. W nabyciu tego stwierdzenia ma pomóc suplement diety od firmy Gorvita Acerola 500 mg.

Informacje z TEJ strony:

Źródło witaminy C
  • Witamina C pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu układu odpornościowego,
  • Witamina C przyczynia się do zmniejszenia uczucia zmęczenia i znużenia,
  • Witamina C pomaga w ochronie komórek przed stresem oksydacyjnym,
  • Witamina C pomaga w utrzymaniu prawidłowego funkcjonowania układu odpornościowego w trakcie intensywnych ćwiczeń fizycznych i po nich,
  • Witamina C pomaga w prawidłowym funkcjonowaniu układu nerwowego,
  • Witamina C pomaga w utrzymaniu prawidłowych funkcji psychologicznych.

Skład kapsułki: Standaryzowany ekstrakt owoców acerola (Malpighia glabra) zawierający 17% naturalnej Witaminy C ( kwas L-askorbinowy), żelatyna (składnik kapsułki).
 Cena: 14- 18 zł / 60 kapsułek


Info ode mnie:
Kuracja z witaminą C ma być na długo - bo aż na dwa miesiące. Kapsułki są niewielkie, więc nie przysparzają problemu w połykaniu. Spójrzcie tylko powyżej, ile acerola ma w sobie drogocennych składników. O efektach pewnie będę informować za 1,5 miesiąca, gdy dokończę opakowanie i dostrzegę efekty stosowania suplementu. A tymczasem zapraszam do próbowania - szczególnie teraz, gdy sezon na wirusy i grypę trwa w pełni ;)



niedziela, 19 lutego 2017

Maść kasztanowa - Gorvita.

Maść kasztanowa, już z samej nazwy wskazana jest zdecydowanie dla mnie. Dlaczego? Bo mam genetyczną skłonność do żylaków i pojawiają się już jej pierwsze zwiastuny - pająki na nogach. Od czasu do czas sięgam po żele lub maści z wyciągiem z kasztanowca. Ale jak sprawdziła się maść kasztanowa od Gorvity?


Informacje z TEJ strony:
Zawarte w składzie wyciągi ziołowe z kasztanowca i nostrzyka lekarskiego wykazują działanie ściągające, przeciwzapalne i przeciwobrzękowe, usprawniają przepływ krwi w naczyniach, co przeciwdziała powstawaniu zakrzepów wewnątrz naczyniowych/ Uszczelniają ścianki naczyń włosowatych zmniejszając ich kruchość.

Preparat polecany szczególnie do:

  • pielęgnacji skóry w stanach żylakowych,
  • do pielęgnacji skóry z rozszerzonymi naczyńkami krwionośnymi.

Stosowany regularnie zapobiega maceracji naskórka, a naturalna Alatoina i D'Panthenol dobrze odżywiają, nawilżają i uelastyczniają skórę.
Składniki/ INCI: Aqua,Propylene Glycol, Castanea Sativa Extract, Melilotus Officinalis Extract, Petrolatum, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Polyglyceryl-3-Methylglucose Distearate, Stearyl Alkohol, Cetyl Ricinoleate, Carbomer, Triethanolamine, Caprylic/Capric Triglyceride, Allantoin,Panthenol, Cyclopentasiloxane, Cyclohexasiloxane,Ethylexyl Stearate, DMDM Hydantoin.


Składniki pochodzenia naturalnego. Przebadany dermatologicznie.
Produkt nie testowany na zwierzętach.
Notyfikowany w CPNP.
 Cena: ok 14 zł / 130 ml

 
Moja opinia:
Maść kasztanowa zamknięta jest w wygodnej, zakręcanej tubie. Konsystencja kremowa o ładnym i delikatnym zapachu. Wyraźnie nawilża skórę, ten efekt rzuca się w oczy jako pierwszy. Gdy jest za mną dzień, w trakcie którego długo stoję lub dużo chodzę - daje przyjemne uczucie ukojenia. Efekty co do pajączków - a konkretniej do zmniejszenia ich powstawania, z pewnością będzie widać po dłuższym okresie stosowania maści. Wierząc w opis z opakowania ich działanie ściągające powinno wspierać moje żyły. Póki co czuję wyraźną ulgę, może to już pierwsze oznaki działania :) Wychodzę z założenia, że jeśli nie zrobię nic, żylaki przyjdą szybciej. A tak możliwie długo opóźnię ten proces. A taka maść kasztanowa na pewno mi w tym pomoże. :)



O MNIE

Moje zdjęcie
Kobieta pracująca. Żona. Zakochana w mężu i podróżach. W wolnych chwilach przerabia ubrania i grzebie w DIY. Lubi pisać, od zawsze. Zdarza jej się czytać bardziej lub mniej ambitne pozycje. A tutaj dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami. Zapraszam do zakładki O MNIE. Przedstawiam genezę i cel prowadzonego przeze mnie bloga ;)

Łączna liczba wyświetleń

OBSERWATORZY

INSTAGRAM

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *