czwartek, 27 kwietnia 2017

Łączenie, mieszanie kolorów hybryd. Semilac. DIY.


O zaletach lakierów hybrydowych Semilac pisałam już 2 lata temu KLIK. I od tamtego czasu wciąż jestem wierna jednej marce. W swoich zasobach mam dokładnie 8 kolorów. Nie będę ukrywać, że nawet i taka gama kolorystyczna z czasem zaczyna się nudzić. Buteleczki, jak na swoje 7 ml są naprawdę mega wydajne i spore. Malując paznokcie tylko sobie, nie jestem w stanie zwyczajnie ich wykończyć. Dlatego wpadłam na pomysł, by pokombinować i połączyć kolory, w celu uzyskania czegoś nowego. Zainteresowani?

Na tapetę poszły póki co tylko dwa kolory  114 Shooting Star i 022 Mint. Owe lakiery miały już swoje premiery na blogu KLIK i KLIK.



Jak je łączyłam?
Na starą ulotkę dałam dużą kropelkę jednego i drugiego kolory. Pędzelkiem mieszałam lakier i nakładałam na paznokieć. Efekt? Jasny błękit!

Zdjęcie z lampą.
Zdjęcie bez lampy.
Być może zapytacie co to za dobrodziejstwo (lub szkaradztwo) na środkowym i małym palcu. Otóż fioletowy brokat. Do kupienia w niemal każdym sklepie z lakierami za około 2-5 zł za słoiczek ;)


I jak podoba Wam się efekt końcowy?



P.S. Już nie mogę się doczekać kolejnych kombinacji kolorystycznych :D

piątek, 21 kwietnia 2017

Najlepszy sposób na depilacje! Podgrzewacz do wosku.


Dziś przychodzę do Was z hitem, przez duże H. Pewnie niemal każda z nas marzy o gładkich nogach, których nie trzeba codziennie golić lub depilować. I najlepiej, żeby efekt utrzymał się przez długi czas, niekoniecznie mocno bolał i kosztował grosze. Trafiłam w sedno? Otóż do tego dodam jeszcze fakt, iż można zabieg wykonywać samodzielnie w zaciszu domowym, w ciągu kilku lub kilkunastu minut. Brzmi ciekawie? Czytajcie dalej :D

Trochę mojej historii...
Kiedyś używałam do depilacji plastrów Sensual. To było dosłownie z 6 lat temu i pamiętam, że przestałam i przerzuciłam się na zwykłą maszynkę do golenia. Dlaczego? Bo nie dość, że nie byłam w stanie plastrów rozgrzać na tyle dobrze, by depilacja była satysfakcjonująca i bezbolesna (to naprawdę mnie bolało!), to jeszcze wychodziło po prostu drogo. Nie ukrywam, że po tej przygodzie byłam zniechęcona do jakiegokolwiek woskowania. Jeszcze zanim sięgnęłam po owe plastry, zaliczyłam koszmarny i krótki romans z depilatorem. Brrr... powiem krótko - nigdy więcej!! Choć efekty po depilatorze są naprawdę zdumiewające, ból jest dla mnie nie do zniesienia. To niemal tortura, czuć każdy wyrywany włosek... Aż w końcu na jeden z babskich wieczorów, dokładnie rok temu koleżanka przyniosła podgrzewacz do wosku z całym arsenałem. Wytrzeszczałam oczy, ze zdumienia, ze takie małe COŚ i takie tanie, ma skutecznie wydepilować mi nogi. Oczywiście na tą okazję zapuściłam włoski, uśmierzyłam ból procentami i oddałam się "torturą". Szczerze? Od razu po zabiegu zamówiłam własny zestaw do woskowania i to nie pod wpływem upojenia czy szoku. To naprawdę działa i w sumie... nie boli.

Polecam zestaw kupić na allegro lub na ezebra.pl. Najtańszy podstawowy zestaw kupicie za 30 zł z przesyłką.

Co wchodzi w skład zestawu?
1. Podgrzewacz do wosku.
2. Plastry do depilacji.
3. Wosk do depilacji w rolce.


Mało prawda? :) Do tego polecam zaopatrzyć się w najzwyklejszą na świecie oliwkę dla dzieci, złagodzi podrażniania, nawilży skórę i pomoże usunąć pozostałości wosku.

Jak używać?
Długo zastanawiałam się, czy raczyć Was fotkami moich nóg gotowych do depilacji (czyt. z włoskami) i tego, jak po kolei wygląda zabieg. Stwierdziłam, że zostawię fakt do Waszej oceny. Kto na tak - niech pisze, a zaktualizuję post o zdjęcia :)

Najpierw trzeba nagrzać rolkę z woskiem. W tym celu wkładamy rolkę do podgrzewacza, do samego końca, podłączamy do prądu i czekamy. Jeżeli mamy całą rolkę nagrzanie zajmuje około 40-50 min, im mniej wosku w rolce, tym logicznie - czas się skraca.


Potem smarujemy rolką z woskiem skórę z włosem. Dobrze rozgrzany wosk łatwo się rozprowadza, jeżeli są jakieś problemy - dajmy jeszcze trochę czasu na rozgrzanie. Trzeba pamiętać, aby skóra była sucha i nietłusta. Następnie na wosk przykładamy plaster, dociskamy z włosem i zrywamy energicznym ruchem pod włos.

Zalety?
1. TANIO. Gdy skończy się rolka z woskiem, po prostu ją wyrzucamy i używamy nowej. Koszt około 4-5 zł za sztukę, plus przesyłka. Oczywiście najtaniej wychodzi przy większym zamówieniu. Jedna rolka wystarczy na 6-7 zabiegów. A nogi depiluję co mniej więcej 2 tygodnie. Więc przeliczcie sobie, jak wychodzi tanio. 
Paski do wosków 100 sztuk to koszt około 7-8 zł plus przesyłka. Najczęściej można zamówić w tym samym miejscu co wosk w rolce. Jednym paskiem spokojnie możemy wydepilować jedną nogę.
2. Włoski odrastają powoli, mega cienkie, mega słabe. Efekt oczywiście widać po kilku zabiegach. Przyznam szczerze, że po roku depilacji woskiem na nogach mam wiele łysych placów :) Myślę, że jeszcze trochę, a tych łysych miejsc będzie jeszcze więcej i więcej.
3. Ból. Na nogach depilacja naprawdę mnie nie boli i zajmuje mi dosłownie 7-10 minut wraz z oliwkowaniem. 

 
Wady? 
1. Włoski się wrastają. - Dlatego potrzebny jest przynajmniej raz na tydzień gruntowny peeling, który rozwiązuje problem do zera.
2. Kilka godzin po depilacji widać podrażnienie. Dlatego depilować warto przynajmniej dobę przed planowanym, ważnym wyjściem. Inaczej pokażemy się z czerwonymi kropkami na nogach.
3. Ból. Tak wiem, że wyżej uznałam to za zaletę. Bo o ile na nogach bólu nie ma, o tyle od czasu, gdy zaszłam w ciążę w strefie bikini i pod pachami, ból stał się dla mnie nie do wytrzymania. Przed ciążą owe zabiegi wykonywałam, bolało, ale do zniesienia. Teraz już po prostu nie jestem w stanie, ach te hormony... ;) mam nadzieję, że po ciąży się to zmieni.

Słyszałam historie, że w salonach kosmetycznych podobne zabiegi również wykonywane są czasami przy użyciu takiego samego sprzętu. Z tym, że tam za same nogi zapłacimy 50 - 100 zł. A samodzielnie to koszt  około 2-3 zł. Niech wypowiedzą się czy to prawda ci, którzy z takich usług korzystają w profesjonalnych salonach.

Znacie to cudeńko? Jakie są Wasze opinie?
 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Magia świąt.


Już chyba gdzieś kiedyś poruszałam ten temat. Nie jara mnie bowiem gorączka przedświąteczna, "sprzątanie dla Jezusa", gotowanie tylu potraw, że nawet nie jest się w stanie ich wszystkich zjeść... Nie jara mnie magia siedzenia przy stole i jedzenia. Jara mnie za to czas spędzony z bliskimi. Choć kiedyś zapewne wszystko się zmieni i święta przestaną wyglądać tak samo.

Gdyby zależało to ode mnie, w święta wolałabym wypocząć, wyjechać, pozwiedzać. Gdyby nie fakt, że święta poza domem są coraz bardziej modne. I automatycznie wkracza wysoki sezon w górach, mazurach i nad morzem. Szkoda. Nie lubię tłumów obcych mi ludzi.

Przykre, ale wartości religijnej święta nie mają dla mnie od dawna żadnej. I nie, nie chodzę do kościoła. Ani na co dzień, ani od święta. Przewartościowałam je i dla mnie to po porostu czas wolny od pracy, który spędza się jedząc w gronie bliskich osób. Niestety, ale gdyby nie święta, takich okazji byłoby najzwyczajniej w świecie jeszcze mniej i mniej...

I Wam drodzy czytelnicy życzę przede wszystkich fajnych świąt. Takich rodzinnych, byście znaleźli w nich coś dla siebie, coś co kochacie. Aby każda chwila była tą wspaniałą, niezapomnianą chwilą. Chłońcie ją do cna. Po całości. Cieszcie się sobą, czasem wolną, rodziną i bliskimi. I aby okazji do spotkań było więcej, nie tylko od święta... ;)

piątek, 14 kwietnia 2017

Jak zaszyć dziurę w jeansach? Jak zaszyć dziurę w kroku? DIY

 Znacie choć jednego faceta, który nie znosi kupować spodni, a gdy doklei się do jednych chodzi tak długo, aż przysłowiowo spadną mu z tyłka? Jak poratować taką bidulkę? Można oczywiście wszystkie uszkodzone spodnie wyrzucić tam, gdzie ich miejsce, a poszkodowanego wysłać na gruntowne zakupy. A można... również reanimować spodnie. Jednak trzeba wiedzieć, jak to zrobić, żeby "jakoś" to wyglądało. Zainteresowani? Zapraszam na tutorial :)

Wszystko zależy z czym mamy do czynienia. Czy tylko z wyraźnymi przetarciami w materiale, które jeszcze dziurami nie są, czy tak jak w moim przypadku zaatakowało spodnie jedno i drugie. Muszę zaznaczyć, że sposób sprawdzi się głównie na jeansach. Nie jestem pewna, czy materiałowe spodnie lub dresowe dałoby się w taki sposób reanimować, choć... można próbować ;)

Kluczowa sprawa, to dobranie koloru nitki tak, aby zlewała się ze spodniami. Mi się to tak... średnio udało. Ale był to eksperyment, a spodnie typowo "robocze". Więc myślę, że ujdzie w tłoku.. :)

 KROK 1.
Jeśli mierzycie się z dziurą, po prostu trzeba ją igłą i nitką zaszyć. Ręcznie oczywiście. Ale trzeba zrobić to w taki sposób, żeby nie naciągnąć nieestetycznie materiału. Jeśli w grę wchodzą tylko wyraźne przetarcia, pomińcie krok i przejdźcie dalej. Teoretycznie po zaszyciu mogłoby tak zostać, ale... gwarantuję, że po kilku dniach dziura powróciłaby do swojego pierwotnego stanu, a nawet powiększyłaby się. Dlatego potrzebne są następne kroki.

 KROK 2.
Podstawa to wzmocnienie już i tak kruchego materiału. Jak widać, spodnie na których przeprowadzałam eksperyment, już kiedyś próbowałam reanimować. Pomoc była doraźna i jak widać tymczasowa. Dlatego do akcji wkracza flizelina, którą dopasowujemy do spodni i zaprasowujemy.



 KROK 3.
Teraz przyszedł czas na cerowanie. Używam maszyny do szycia, ze ściegiem prostym, z klasyczną stopką. Zmieniam tylko długość ściegu żeby był bardzo drobny około 1,5. I szyjemy. Najlepiej jest przeszywać materiał raz przy razie, jechać na przód, przesunąć się o milimetr w bok, cofnąć się, znów przesunąć, do przodu i tak w kółko... Na pewno krocze będzie dodatkowo wzmocnione i nieco bardziej sztywne. I jak widać na poniższych zdjęciach, szycia było naprawdę sporo ;)
Nie oszukujmy się, jeśli teraz pójdzie coś nie tak i znów spodnie się przetrą - po prostu już nic nie da się z nimi zrobić. Ale takim sposobem wydłużyłam im nieco życie z ich właścicielem ;)

Podoba Wam się pomysł?

czwartek, 6 kwietnia 2017

6 powodów, dla których nigdy nie będziesz chciała zostać moją przyjaciółką.

O dobrą, prawdziwą przyjaźń cholernie ciężko. Zastanawiałaś się kiedyś droga czytelniczko, czy mogłabyś się ze mną zaprzyjaźnić? Dziś rozwieję wszystkie twe wątpliwości! ;) A podobno ten kto ma szczęście w miłości, nie ma go w przyjaźni. Przedstawię 6 powodów, dla których moje "bliższe relacje" po prostu... rozpadały się.

1. Jestem wredna i lubię żartować.
Dosłownie. Staram się, by moje żarty nie raniły, ale gdy nie masz dystansu do siebie, nie dogadamy się. Często też szydzę sama z siebie i sprawia mi frajdę fakt, że widzę uśmiech na twarzy innych ;)

2. Oczekuję lojalności...
Jeśli skradniesz mą duszę na tyle, bym uznała cię za przyjaciela, pamiętaj, że już tak łatwo się nie wymigasz. Będę oczekiwała, że będziesz przyjaciółką już na zawsze. Że będziesz mieć swoje życie, swoje problemy i swój świat, ale zawsze znajdziesz dla mnie czas i nigdy o mnie nie zapomnisz.

3. ...i szczerości.
Musisz mówić nawet najgorsza prawdę, albo kłamać w taki sposób, bym nigdy, przenigdy się nie zorientowała. Nie umiem wybaczać kłamstw, nieświadomie nabieram dystansu do takiej osoby i wszystko wali się, i pali...


4. Nie narzucam się.
Nie zadzwonię do ciebie o 3 w nocy by opowiedzieć o prezencie od ukochanego. Zadzwonię w nocy tylko wtedy, gdy się na to umówimy. Albo gdy procenty odbiorą mi zmysły, albo gdy moje lub twoje życie będzie zagrożone, a ja nie będę wiedziała co robić.

5. Będę tylko wtedy, gdy będziesz tego chcieć.
Jeśli pokażesz mi dosadnie, że mam pójść - zrobię to. I nie zatrzymasz już mnie. Ludzie przecież się zmieniają. Szanuję te decyzje...

6. Musisz dbać o przyjaźń tak samo mocno, jak i ja.
Czasem tak niewiele brakuje, by nagle okazało się, że nawet z błahych powodów nie pasujemy do czyjegoś obrazka i świata. I to nic, że przez kilka lat wstecz tworzyliście spójny krajobraz. To co zaniedbane szybko więdnie, a wystarczy po prostu chcieć...

A Was? Co cechuje najbardziej?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Zestaw pytań, który zdenerwuje (prawie) każdą ciężarną!

Odmienny stan ma swoje plusy i minusy. Urokiem są ciekawskie, nieraz pełne radości lub zmartwienia pytania osób z najbliższego otoczenia. Przygotowałam zestaw pytań, który działa na mnie, jak płachta na byka. 

Mocno z przymrużeniem oka. 

1. Chłopiec czy dziewczynka?
Szczególnie, jeśli pytanie pada na etapie, gdy ciąża ma kilka tygodni i narządy płciowe fasolki się nawet nie ukształtowały. Nawet pytania na co liczę bardziej przyprawiają mnie o zawrót głowy. Płeć nie ma dla mnie znaczenia, jedynie zdrowie maluszka.

2. Jaki masz duży/mały brzuch! Czy dziecko na pewno dobrze się rozwija?
Jakby wielkość brzucha miała tutaj jakiekolwiek znaczenie. Póki co cieszę się, że jest malutki i nie przeszkadza mi w codziennym funkcjonowaniu. Fasola ma się dobrze, a głupie porównywanie i pytania, już sprawiają, że nawet nie chce mi się tłumaczyć ;)

3. Ile przytyłaś? Czemu tak mało? Zaniedbujesz dziecko!
Kolejny dziwny osąd. Nie każdy musi być w ciąży słoniem od pierwszych tygodni. Niektórym wystarcza książkowa ilość kilogramów, by ciąża rozwijała się prawidłowo. Smutne, że nie wszyscy to rozumieją.

4. Ja w twoim stanie... Dlaczego tak nie robisz?
Rady, dziwne rady, o które nikt nie prosi. I których nikt nie chce słuchać ;)

5. A dziewczyna o imieniu X jest miesiąc dalej niż ty i ma mniejszy/większy brzuch. Co jest nie tak?
A czy musi być coś nie tak? Chyba, że chodzi o pytanie, które zdecydowanie jest nie na miejscu ;)

6. Czy aby na pewno nie nosisz bliźniaków?
Gdybym je "nosiła" to na pewno bym o tym doskonale wiedziała. Wróżenie z fusów można schować między bajki.


7. Na pewno chłopiec, bo ładnie wyglądasz!
I wtedy mam ochotę odpowiedzieć, że moje dziecko jeszcze nie zdecydowało jakiej będzie płci, a i w zabobony nie wierzy, więc darujcie sobie tego typu sugestie. A za komplement dziękuję ;)

8. Wiesz już jakie imię?
Nie wiem. I nawet jakbym wiedziała to bym nie powiedziała. Najbardziej irytuje, gdy otoczenie bardziej żywiołowo od rodziców reaguje na wybór imienia i gdyby mogło sami wybraliby, bez zgody rodziców. Podejrzewam, że negowanie wybranego imienia zdenerwuje mnie jeszcze bardziej.

9. Jakie to uczucie być w ciąży?
Pytanie z serii - nigdy nie byłam w ciąży i chcę wiedzieć, bez autopsji, jak to jest. Aż ciśnie mi się na usta, by odpowiedzieć, że żadne. Bo ciąża to może i błogosławiony stan, ale bez przesady by od razu robić z ciężarnych ufo ;)

10. Kiedy chrzest?
Jeszcze nie urodziłam, a już mam myśleć o chrzcie? Czasem smutno mi, że żyjemy w kraju, w którym rządzi religia. Chciałabym, aby moje dziecko miało czystą kartę i samo zdecydowało do jakiej i czy w ogóle jakiekolwiek religii chce należeć. Ale gdy pozwolę mu na to, przez wszystkie szkolne lata będzie wytykane palcami. Ominie go komunia święta, impreza i prezenty. Będzie miało żal, że nie wybrałam i że jest inne.

11. Kiedy rodzisz?
Nikt nie powinien mnie popędzać, poza samą naturą oczywiście. Jeśli pytanie padnie któryś raz z rzędu, po prostu przestanę odpowiadać, by nie denerwować się.

12. Wiesz, ze musisz teraz wypoczywać, bo po porodzie będzie galimatias?
No brawo. Nie wiedziałam tego, nawet przez myśl mi nie przeszło! I generalnie dzięki, że przypominasz ;)


Wypowiedzcie się, czy macie tak samo ;) I co byście do tej listy dodały?

czwartek, 30 marca 2017

6 powodów, dla których uciekłam z forum dla przyszych mam.


Podobno fora są fajne. Jednoczą osoby, które łączy pasja, dany czas w życiu i podejście. Dzięki nim można poznać wspaniałe osoby, uzyskać wsparcie lub porady. Jednym zdaniem - dlaczego mi to nie pasuje? Oto 6 powodów, dla których uciekłam z forum dla przyszłych mam.

Uwaga! Wpis jest mocno kontrowersyjny. Szczególnie dla kobiet, które strasznie pragną i jeszcze mocniej wyczekują swojego nienarodzonego dziecka. Kochane kobietki, nie chcę Was urazić, szanuję Was i Waszą determinację. Chcę tylko przedstawić nieco inny, bo swój, punkt widzenia.

1. Nie mam obsesji na punkcie swojej ciąży.
Na forum, na które 'kukałam' były w większości przyszłe matki, które zrobiły wszystko co tylko mogły, by zajść w ciążę. I chwała im za to, ale zachowywały się, jakby zdobyły co najmniej Mount Everest swoich możliwości. Najwyraźniej nie jestem na tym samym etapie, bo mimo, iż chciałam zostać matką, nie dzieliłam włosa na czworo i nie urażając nikogo, dla mnie sprawa była oczywista - nic na siłę. Na pewno nie doświadczyłam tego samego co one, więc i moje niezrozumienie jest na miejscu.

2. Nie chcę rozmawiać tylko o ciąży i macierzyństwie.
Tak, to był główny temat. O mdłościach, o narzekaniu na nastroje, o kupionych ubrankach, wózkach, zakupionych laktatorach w 2 miesiącu ciąży (o zgrozo!), o tym, że facet nie rozumie tej ciąży i związanych z nim nastrojów. Czytając wpisy miałam wrażenie, że te dziewczyny tak bardzo pochłonęło pragnienie macierzyństwa, że wieżowce z akcesoriów dla dzieci już przysłaniają cały świat. Wielu moich znajomych dziwi się, że na spotkaniach niepytana nie pokazuję sama z siebie zdjęć z usg, nie opowiadam o maluchu, ani o ciąży. Że wręcz dążę by poruszać inne tematy, by żyć normalnie.

3. Dobija mnie narzekanie innych.
Niestety na forum poza narzekaniami na ciężki, ciążowy nastrój były dziewczyny, którym okropnie współczułam. Straciły swoje maleństwa na bardzo wczesnym etapie lub w chwili, gdy już czuły ruchy, a ciążę widać było namacalnie. Najbardziej bolało, gdy czytałam wpisy kobiet, które traciły maleństwa będąc w tym samym tygodniu ciąży co ja. Fajne było to, że dziewczyny się jednoczyły i każda, jak jeden mąż wspierała drugą. Tylko fala 10 stron współczuć, rozdrapywania ran i opisywania zabiegów łyżeczkowania, i niejednokrotnie życie tych dziewczyn ze świadomością, że maluszek nie żyje, i czekają, aż "natura zrobi swoje" przyprawiało mnie o płacz... Napawało tylko zbędnym lękiem i zmartwieniami, mimo, iż u mnie wszystko przebiega książkowo. Strasznie udzielał mi się ich grobowy nastrój, a takie stany w ciąży są niepożądane!!



4. Nie chcę czytać doświadczeń z porodu.
 Bo każda kobieta ma je zupełnie inne. Każda, dosłownie każda przechodzi je inaczej. Boję się czytać czarnych scenariuszy, nie chcę ich nawet słyszeć, nie interesują mnie. Nie chcę się nastawiać, ani pozytywnie, ani negatywnie. Na tym etapie nie boję się rozwiązania, ale wiem, że cudze opinie mogą mi tylko zaszkodzić, niż pomóc.

5. Nie czuję jakiejkolwiek przynależności do klanu.
Nawiązując do pkt 2 - nie czułam żadnych mdłości, zmiennych nastrojów, nie mam kupionego ani jednego ubranka dla dziecka, ani nawet nie noszę ubrań ciążowych, mimo, że 4 miesiąc już za pasem!! I szczerze mówiąc dopóki nie stwierdzę, że nie mieszczę się w aktualne ciuchy nie mam najmniejszego zamiaru nawet rozglądać się za modą ciążową. Czułam się jak ufo, które wylądowało na środku wsi... Nie wiedziałam o czym pisać, a jeśli próbowałam, to tak jakby... nikt tego nie zauważał. Bo nie pisałam o tym ile razy zwymiotowałam i ile razy zagryzłam śledzia kremówką? Nie, nie czułam się odrzucona. Ja po prostu nie byłam w stanie zrozumieć podejścia dziewczyn. Okropne!

6. Wolę słuchać o ciąży od profesjonalistów, niż czytać porady przyszłych mam.
Byłam na fajnych wykładach dotyczących ciąży, na których jednoczyło się masa przyszłych mamusiek. Warsztaty prowadzili psycholodzy, ginekolodzy i położnicy. Super sprawa - masa fajnych pytań, ogrom wiedzy i niesamowite doświadczenie. I o szkołę rodzenia podejrzewam, że też zahaczę, dla samego zdobycia odpowiedniej wiedzy. Zdecydowanie bardziej przemawia dla mnie taka forma porad, niż ta, z którą spotkałam się na forum.

Pewnie jedyne co Wam się nasuwa to pytanie - po jaką cholerę pchałam się na forum dla przyszłych mam? Przecież to oczywiste, co mogłam tam zastać. A jednak podświadomie liczyłam na spotkanie tam mamusiek, które owszem, cieszą się z ciąży, ale ich życie nie kręci się tylko wokół niej... Nie byłam i nie jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować ich nastawienia, podejścia, na tyle, by móc w tym uczestniczyć.

środa, 22 marca 2017

Jak zrobić legowisko dla psa?


Dobrze, gdy futrzak ma swój kąt w domu i przytulne spanko. Dlatego dziś pokażę Wam, w jaki mega szybki i prosty sposób zrobić legowisko - poduszkę dla psa.

Czego potrzebujemy?
* miara / centrymetr krawiecki
* nożyczki
* szpilki
* kredka do zaznaczenia materiału
* igła, nitka, opcjonalnie maszyna do szycia
* materiał
* wypełnienie poduchy - gąbka, koc, cokolwiek miękkiego.




Ja do wykonania legowiska użyłam gąbki ze starego łóżka. Jest w dwóch kawałkach, bo to po prostu pozostałe resztki od poprzedniego projektu. Mój pies bardzo upodobał sobie owy materiał i przeogromną chęcią na nim się wylegiwał, o czym przekonałam się tworząc zagłówek do łóżka. Myślę, że za jakiś czas pokażę Wam owe dzieło :)

Jako poszewka posłużyła mi ogromna, babcina spódnica o pięknym materiale, pasującym do wystroju pokoju. Wy możecie użyć prześcieradła, poszewki na poduszkę, koca lub czegokolwiek, co będzie w odpowiednim rozmiarze i stworzy poszewkę na legowisko.

Wymiary:
Polecam zmierzyć długość i szerokość pieska w czasie snu. U mnie wymiary legowiska to 45 cm na 75 cm. Czyli materiał potrzebny do obszycia to (liczę z zakładkami na obszycie) około 130 cm na 85 cm.

Ok! To do roboty! :)

Wewnątrz spódnicy włożyłam gąbkę i zaznaczyłam z trzech stron szpilkami i kredką boki poszewki. Zszyłam na maszynie, obcięłam i obszyłam boki. A co z czwartym bokiem? Zależało mi, żeby poszewka była ściągana w celu wyprania i żeby nie posiadała guzików, ani zamka. Obawiałam się, że piesek mógłbyś wpaść na pomysł obgryzienia zapięcia i cała robota poszłaby na marne :P Dlatego postawiłam na poduszkę zakładaną o tym, jak ją wykonać pisałam już kiedyś TUTAJ (krok 5).





Koszt wytworzenia legowiska w moim przypadku wyniósł 0 zł, poza poświęconym czasem, który był oczywiście przyjemnością. Polecam tworzyć legowisko w przypadku posiadania odpowiednich  materiałów. Wtedy naprawdę się opłaci. Bowiem widziałam w gazetce promocyjnej biedronki, że legowiska są w cenie od 40 zł. Zrobione z dużo lepszych materiałów, "dizajnerskie", wahają się w okolicach 100 zł.

I jak Wam się podoba? Mój piesek, co prawda nie jest najlepszym modelem, ale z chęcią wyleguje się na swoim nowym łóżeczku ;)




sobota, 18 marca 2017

Zdrowie na talerzu, czyli: fińskie masło, klasyczne i solone. Finuu.

Od dziecięcych lat jestem wielbicielką masła, takiego prawdziwego, klasycznego. Ale chyba nie muszę mówić, jak nadmiernie często używane niekorzystnie wpływa na wagę, wygląd i zdrowie. Co więcej? Klasyczne masło wypada trzymać poza lodówką, bo w zimnej temperaturze kostnieje i sprawia, że rozsmarowanie na bułce lub chlebie to nie lada wyzwanie. Finuu bez obaw możemy odstawić do lodówki. Nie zmieni swojej konsystencji, wciąż będzie zwarte i gotowe do działania ;)

W ramach kampanii streetcom, otrzymałam do testów fińskie masło Finuu w dwóch wariantach: klasycznym i solonym.




Finuu to połączenie fińskiego masła, oleju rzepakowego, oleju z lnianki, witamin A i D. Oleje z rzepaku i lnianki to bogate źródło kwasów omega-3.

Kiedy najczęściej używam Finuu?

Obawiałam się, że Finuu solone, będzie słone. Jednakże sól nadaje masłu po prostu delikatny i nieco inny smak, niż klasyczna wersja.
Przepysznie smakuje, jako po prostu maseło na kanapki z warzywami, z serem lub wędlinom.
Na instagramie pokazywałam Wam moje ulubione połączenie - kanapka z finuu, awokado, solom i pieprzem, pychota!!



Wychowałam się na wsi, więc smak młodziutkich i prosto z pola ziemniaczków z masełkiem, to jedno z najlepszych wspomnień. Teraz już mieszkając w mieście nieco trudniej o smak tych młodych, przepysznych warzyw. Ale ziemniaczki z koperkiem i masełkiem uwielbiam cały czas. Do tego kurczak w ziołach i sałatka z pomidorków. Palce lizać!


O dziwno, finuu można używać do smażenia. Jajecznica na solonej wersji to niebo w gębie! Dodaje delikatności, maślany smak zamienia zwykłą jajecznicę w mistrzostwo :D

Produkt rekomendowałam rodzinie i znajomym, wszyscy zgodnie ze mną uznani, że #pyszniebozfinnu #naturalnieismacznie i #bezkonserwantów :)

poniedziałek, 13 marca 2017

Zapomniany przyjaciel.

Weronika pocierała palcem klawiaturę swojego telefonu. Ile to już minęło lat? - Pytała w myślach samą siebie. Kiedyś łączyło ich wiele, niemal wszystko. Wspólne wieczory, obejrzane filmy, litry lampek wypitego wina, mokre od łez ramiona i policzki, pękające z bólu od śmiania się do rozpuku. Aż w końcu coś zawsze szło nie tak...

Odległość.
Z Eweliną drogi rozeszły się bo... Weronika sama do końca nie zna odpowiedzi. Obie zaczęły licea w różnych miastach i jakoś tak... bardzo łatwo się od siebie oddaliły. Potem narastała złość i żal. Bo gdy jedna chciała nadrobić stracony czas, druga nie mogła ugasić bólu odrzucenia, gdy potrzebowała przyjaciółki w najgorszych chwilach. I jakoś tak od słowa do słowa, przestały odpisywać na swoje smsy. Nie dzwoniły, życie popłynęło dalej, a w umysłach pozostały wspomnienia kilku lat dobrej i wspaniałej przyjaźni. To z nią smakowała pierwszej wódki i opowiadała o pierwszych pocałunkach. To z nią potrafiła przegadać całe noce i dnie. I opowiedzieć o wszystkich, nawet najgłębszych sekretach. I tak wiele się zmieniło, że to wszystko co było, a czego już nie ma nagle zaczęło blaknąć. Bo ile warta jest przyjaźń, która tak nagle się kończy?

Zazdrość.
Parę lat temu połączyła ich wspólna pasja. Później poróżniło życie. Dorota nie chciała się ustatkować, szalała i skakała z kwiatka (chłopaka) na kwiatek. I gdzieś czuła w sobie zazdrość, że Weronika ma inne plany. Że ma inne życie. Mniej szalone, ale stabilne. Kochającego faceta, plany o domu, rodzinie. Że lada moment stanie na ślubnym kobiercu. I wbijała kolejne szpilki w serce Weroniki. Aż Werka nie wytrzymała i nie pozostawała dłużna tym wszystkim ciosom. Zniknęła szczerość, a koniec przyjaźni przypieczętowało wyznanie Doroty, która ze skruchą wyznała, że szydziła z przyjaciółki, bo zwyczajnie była zazdrosna. I chciała choć przez chwilę poczuć się tak samo, jak ona... Weronika nie umiała wybaczyć. Nie wierzyła, że Dorka kiedykolwiek się zmieni. I niestety miała rację.


Miłość.
Weronika nigdy nie wierzyła w przyjaźń damsko-męską. Dopóki, dopóty nie poznała Dawida. Fajny kumpel. Miał dziewczynę dziecko, a ona narzeczonego. Było fajnie, miała wrażenie, że znają się od zawsze. Uwielbiała z nim rozmawiać. Opowiadać mu o błahostkach. Czasem miała wrażenie, że dawał jej to, czego nie otrzymywała o swojego faceta... I już prawie, gdy zaczęła czuć, że wszystko wymyka się spod kontroli Dawid pocałował ją na jednym ze spotkań. Dla Werki to był strzał w policzek. Wyznaczyła granice, bo kochała nad życie swojego faceta i straciła przyjaciela. Nagle oświadczył jej, ze jego dziewczyna pewnie jest zazdrosna i musi zakończyć tą znajomość. Tak nagle, z dnia na dzień. Czyli sam pogubił się, zadłużył i liczył tylko na jedno...

Mówi się, że nie warto oglądać się za przyjaciółmi, którzy odeszli. Bo nie byli nas warci, bo to zupełnie nic nie warte relacje. Bo jeśli coś nie jest w stanie przetrwać próby czasu i przeciwności losu, nie zasługuje na naszą uwagę. Ale ile w tym prawdy? Gdy ból straconych przyjaciół rozszarpuje serca na kawałki. Bo przecież wina była po obu stronach. Ludzie przychodzą i odchodzą, tylko dlaczego tak boleśnie? - pytała samą siebie Weronika.

Wprowadzam na blog nowy cykl opowiadań. Obok cyklu "kobieta, która..." pojawią się nowe. Opowiadania krótkie lub długie. Szokujące lub pozytywnie rozbrajające. Z morałami lub bez. Jestem ciekawa, jak Wam się spodoba. Czekam na Wasze opinie. ;)

piątek, 10 marca 2017

Bo w ciąży wszystko się zmienia.

Tak mówią mamy, babcie, kobiety - matki pełną parą. Szczególnie te, które wyczekują dwóch kresek na teście ciążowym szczególnie mocniej, niż inne. Dziś przychodzę pochwalić Wam się nowiną i opowiedzieć, jak to było i jest ze mną ;)

Łaskawy czas.
Kiedy dobijam do końca pierwszego trymestru nie ukrywam, że powoli zaczynam oddychać z ulgą. Szczególnie, że dziecko rozwija się prawidłowo i szansa na poronienie z każdym dniem maleje. :) Nakarmiona opowieściami mam, koleżanek i scenami z filmów, byłam nastawiona na prawdziwy armagedon. A  co się okazało? Że na szczęście dla mnie, to wszystko było przereklamowane. Zero mdłości, zero zawrotów głowy, zero zachcianek, zero jakiegokolwiek dyskomfortu. Mniej więcej w 7-8 tc przestałam nawet tak często, jak przez poprzedzające 2-3 tygodnie odwiedzać toaletę i zniknęła bolesność piersi. W ciągu tych trzech miesięcy przytyłam 0,5 - 1 kg. Czyli tyle co nic :) Gdyby nie fakt, że ciążę potwierdziłam w prawie 5 tc i zniknął totalnie okres, mogłabym żyć w błogiej niewiedzy :)

A jak u Was drogie mamuśki? Jak Wam minął pierwszy trymestr? :)

piątek, 3 marca 2017

List pożegnalny.

 

"Gdy czytasz te słowa, mnie już nie ma. Jestem szczęśliwa. Jestem spokojna. Już nikt i nic nie może mnie zranić. Już nigdy mnie nie odrzucisz, już nigdy nie wywołasz u mnie łez. Mojego ciała nigdy nikt nie znajdzie. Choćby nawet, to nigdy go nikt nie rozpozna. Pokaż te słowa policji, niech zwrócą Ci wolność tu i teraz. Niech nie szukają, bo nie ma czego. Mnie już nie ma... W końcu odzyskałam spokój duszy i cała... Bądź szczęśliwy. Kocham Cię - M."

Eryk z nie dowierzaniem przecierał oczy. Nerwowo skakał wzorkiem literka po literce, nie mógł nic zrozumieć z poplamionej od łez kartki. Szybko chwycił telefon i wykonał połączenie do żony. Jej telefon odezwał się w salonie. Na stole leżała też jej torebka, a obok portfel z dokumentami. Dalej połyskiwała w promieniach słońca obrączka. - Gdzie ona do diabła jest?! - Wykrzyczał.

- Magda zaginęła, nie ma jej nigdzie, zostawiła list pożegnalny! - Nerwowo wypowiadał słowa przez telefon do swojej matki. - Co ja mam zrobić, co ja mam zrobić, gdzie ja mam jej szukać?!?!? - Krzycząc zwinięty w kłębek ronił łzy...
Próbował ponieść się z podłogi, ale coś kłuło go w klatce i nie pozwalało się ruszyć. To zawał? Czy atak paniki? Czy ja umieram? Gdzie moja ukochana?! - Krzyczał i płakał waląc głową o lite drewno.
I nagle wszystko ustało, ból, nastąpiła nicość i pustka.

Ciszę przerwał dziwny dźwięk. To budzik. Eryk usiadł zdyszany na łóżku. Obok smacznie spała jego żona. Wczoraj okropnie się pokłócili. Ona zasypiała zapłakana, a on czekał aż w końcu się uspokoi, nie miał nawet ochoty ująć jej w ramiona, a teraz... ten sen. Co by było gdyby...? Przecież ma tylko mnie... Może to znak? Przecież nie wie co kłębi się w jej głowie. Myśli Eryka wrzały w głowie i zalewały go niepokojem... Muszę wszystko naprawić, nie mogę pozwolić jej odejść - w pośpiechu biegł do kuchni przygotować śniadanie... Ja wszystko jej wynagrodzę, niech tylko zostanie ze mną na zawsze...

Wprowadzam na blog nowy cykl opowiadań. Obok cyklu "kobieta, która..." pojawią się nowe. Opowiadania krótkie lub długie. Szokujące lub pozytywnie rozbrajające. Z morałami lub bez. Jestem ciekawa, jak Wam się spodoba. Czekam na Wasze opinie. ;)

wtorek, 28 lutego 2017

Na której dłoni nosić obrączkę?

Obrączka - symbol niekończącej się miłości małżonków. Błyszczącej, jak nieskazitelność. Informującej z daleka potencjalnych interesantów o sformalizowanym związku. Kolejne złotko lub sreberko do kolekcji. Jedni nie noszą wcale, inni afiszują się w niemal każdej sytuacji. Jedni chcą mieć, bo tak modnie, inni, bo do tego zmusza ich żona. Ale na której dłoni i palcu nosić obrączkę?

Zwolennicy lewej.
Znam wiele osób, które zgodnie z systemem amerykańskim nosi obrączkę na lewej dłoni, na serdecznym palcu. Mówią, że im bliżej serca tym lepiej. Znam nawet zagorzałą rozwódkę (na swoim koncie ma już trzy rozwody), którą bardzo oburza każda obrączka na prawej dłoni. Co ciekawe kiedyś pokazując zdjęcia z dzieciństwa swojego syna na jej prawej dłoni błyszczał złoty krążek. Czyżby nieudane małżeństwa skłoniły ją do takich refleksji? Kiedyś panował pogląd, że na lewej dłoni obrączkę noszą tylko wdowcy i rozwódki, na znak odzyskanej wolności. I jednocześnie hańby zagorzałych katolików...

Zwolennicy prawej.
Tradycjonaliści z naciskiem na - polscy tradycjonaliści, wybierają prawą dłoń i serdeczny palec. Ta zasada jest od tak dawna wryta w obraz polskiego małżeństwa, że i mi się udzieliła. Od samego początku pierścionek zaręczynowy noszę na prawej ręce, serdecznym palcu. Teraz dołączyła do tej kolekcji skromna obrączka. Czy czuję się lepsza lub gorsza? Nie. Tak mi po prostu wygodnie. Podoba mi się owa polska tradycja. To część mojej biżuterii, codzienności, znak miłości naszego małżeństwa.


Znam małżeństwo, które nosi obrączkę na środkowym palcu. Oboje, konsekwentnie, bo tak im się podoba. W gronie znajomych żartują, że gdy jedno chce coś od drugiego, to pokazują w sposób dobitny na którym palcu mają swoją obrączkę. Między wersami odczytać możemy co chcą sobie przekazać. Doza humoru jest najważniejsza.

A tak naprawdę to nieważne, która dłoń, który palec, czy jaki wzór obrączki... Nieważne, czy ją mamy tylko w sercu, czy na palcu. Ważne, by być szczęśliwym, wiernym i kochać, z wzajemnością ;)

A Wy? Na której dłoni nosicie lub nosić chcecie obrączkę?

sobota, 25 lutego 2017

Kobieta, która... zemstą krzywdziła dziecko.

W domu Asi nie było najgorzej, ale rodzice żałowali jej każdego grosza. Jako młoda dziewczyna (w sumie to nawet jako dziecko !) chciała na wakacje dorobić parę gorszy i zaczęła chodzić na zbiór truskawek u miejscowych "bogaczy". Ludzie wyciągali tam około 50 zł dziennie, tyrali jak dziki... Wtedy to były dla niej kolosalne pieniądze i tak samo niemożliwe do osiągnięcia. Miała 11-12 lat, chciała dorobić. Wstawała o 4 rano i wsiadając na rower jechała daleko za wieś na miejscową plantację.

Czas start!
Krew Asi zawsze kochały komary. I tamtego dnia nie pomogły ani offy, ani cokolwiek innego. Pracowała mniej więcej od 4:30 do 8-9 rano. Na tyłku, udach i plecach miała bąbel przy bąblu od ukąszeń komarów. Zarobiła ledwo 20 zł... dlaczego? Właścicielką była mama koleżanki z klasy Asi. Owa dziewczyna o imieniu Weronika, dość popularna, nieszczególnie sprawiała wrażenie, że lubi Asię. Była wręcz zazdrosna o jej oceny, o uznanie od nauczycieli, o to, że po prostu nie musiała się przykładać do nauki, a szło Aśce o stokroć lepiej niż Weronice. A przecież nie robiła tego specjalnie. Weronika po prostu nie znosiła, gdy ktoś był od niej lepszy...

A matka szczególnie przypatrywała się każdemu koszykowi truskawek, który przynosiła Asia. Czepiała się najmniejszych szczegółów. Potrafiła odrzucić cały lub pół koszyka. Łaziła za dziewczyną i krzycząc wytykała, że nie tak zrywa, że niszczy krzaczki. A przecież rodzice dziewczyny też mieli truskawki, nie na sprzedaż, ale takie do domowych przetworów. Co prawda było ich dużo mniej niż na plantacji, ale pielęgnacja i zbiory zajmowały naprawdę dużo czasu. I nigdy od rodziców nie usłyszała, ze robi coś nie tak. Łzy ciskały jej się do oczu, ale zagryzała wargi i chciała pokazać, że potrafi.

Gorzkie słowa.
W końcu przy rozliczeniu przy wszystkich owa mama powiedziała słowa: "Nie jesteś we wszystkim najlepsza, zastanów się, czy się w ogóle nadajesz do takiej pracy. Koszmarnie ci idzie, nie odróżniasz truskawek gotowych do zbioru". Płakać jej się chciało jeszcze bardziej. Szczególnie, że były tam inne dzieci i dorośli ludzie, którzy oddawali truskawki w jeszcze gorszym stanie, mniej dojrzałe lub wręcz spleśniałe. Niszczyli krzaki tysiąc razy bardziej niż Asia. Ale ich się nie czepiała. Bo byli stałymi bywalcami? Bo byli tanią siłą roboczą? Tego nie wiadomo. Miejscowe pijaczki i typowi wieśniacy szyderczo i głośno śmiali się z dziewczynki, nazywając ją paniusią, która ma dwie lewe ręce... Za mamą stała jej córeczka, Weronika. Jakoś dziwnie się uśmiechała, ale Asia nie potrafiła rozszyfrować tego uśmiechu. Dla dziewczynki to był cios poniżej pasa.


Bonus.
Tamtego dnia na koniec zbiorów każdy dostał bonus - jeden koszyczek truskawek. Należy przypomnieć, że płacili wtedy za taki zbiór 2 zł. Owa truskawkowa mama twierdziła, że Asia nie zapracowałam na bonus. Wybronił ją jej mąż, wręczając koszyczek dziecku i mówiąc do swojej żony, że nie powinna wyróżniać, bo każdy pracuje jak najlepiej potrafi. Aśka chwyciła koszyk, marne 20 zł i dosłownie uciekła stamtąd. Wypłakała się po drodze i do końca wakacji nie mogłam patrzeć na truskawki. Te, które przywiozła nawet nie jadła. Oddała rodzicom, wzięła prysznic i przespała resztę przedpołudnia. Była strasznie zmieszana i nie rozumiała dlaczego w tak banalnej pracy się nie sprawdziła. Wtedy nie rozumiała usłyszanych słów matki koleżanki. Oczywiście w obawie przed jeszcze większym potępieniem nikomu o tym nie powiedziała.
- Bałam się, że słowa dorosłych są najważniejsze, ważniejsze od prawdy i że ja naprawdę do niczego się nie nadaję... - wspomina ze łzami w oczach. Bała się, że rodzice jeszcze bardziej ją skrytykują. A wiedziała, że są do tego zdolni. Dusiła swój ból, który jeszcze bardziej zniszczył jej wątłą pewność siebie.

Gdy prawda wyszła na jaw. 
Dopiero później przy którejś z jesiennych wywiadówek, mama Asia przyniosła wieści, w których owa truskawkowa matka opowiadała, jak jej maleńka córeczka - Weronika przychodzi się wypłakiwać, bo jest nieakceptowana w klasie i są dziewczyny, które za wszelką cenę próbują jej pokazać, że nie jest najlepsza... Nieakceptowana? Przecież była uważana, za najlepszą, najładniejszą, najfajniejszą i najbardziej popularną dziewczynę w szkole. I wtedy dopiero wszystko ułożyło się w jedną całość...

Historia, którą przedstawiam wydarzyła się naprawdę. Za jej zaprezentowanie dziękuję Asi. A oto kilka słów od naszej bohaterki:

"I tak oto, gdy chciałam pokazać, że potrafię dostawałam kopa w du*ę, by znów stoczyć się na dno i zrozumieć, że do niczego się nie nadaję. Jakbym zbyt rzadko słyszała to w rodzinnym domu... Wtedy nawet nie potrafiłam się obronić przed truskawkową mamą. Żałuję, że wtedy nie było przy mnie kogoś, kto by mnie naprawdę wysłuchał i uświadomił, że to babsko robi wszystko z zawiści i zemsty... Żałuję, że pozwoliłam w dalszym ciągu niszczyć swoją pewność siebie. Może nie byłam najlepszą z możliwych zbieraczek, może nie szło mi idealnie, ale nie musiała krzyczeć na mnie i upokarzać mnie przy wszystkich ludziach. Dziś jestem silna i mimo, że rozumiem sytuację wspominam historię ze łzami w oczach... To taka rana, która niby jest zagojona, ale jedno wspomnienie wystarczy, by móc je rozdrapać na nowo."

 Kobieta, która... to nowy cykl na blogu. Będę umieszczała historie wielu kobiet. Te zasłyszane, podsłuchane, wymyślone, podejrzane. Postaram się Was szokować, zaskakiwać, bawić i dziwić. Jeśli znasz historię kobiety, którą chciałabyś/łbyś się z nami, bloggerami podzielić koniecznie napisz na networkerka@gmail.com Czekam nie tylko na opowiadania, ale i kilku zdaniowe streszczenia, i inspiracje. :)

czwartek, 23 lutego 2017

"Żywioł. Deepwater Horizon" - czyli oko w oko z morskim żywiołem.


Dawno żaden film katastroficzny nie wywarł na mnie tak wielkiego wrażenia jak Deepwather Horizon. Najlepsze jest to, że wszystko działo się naprawdę. Reżyser nie szczędzi żadnych obrazów i szczegółów. Film przedstawia nie tylko wybuch morskiej platformy wiertniczej, który doprowadza do największego wycieku ropy w historii USA, ale pokazuje też ludzki dramat...

 Historię obserwujemy od strony szefa IT - Mike. Poznajemy jego wspaniałą rodzinę, przeuroczą córkę i fantastyczną żonę. Bez obaw wylatuje do swojej pracy. W końcu to nie pierwsza taka sytuacja. Razem z nimi przewijają się losy przemądrzałych szefów koncernu BP, masy specjalistów, obchodzących się na co dzień z przeogromną machinerią. Znających każdą śrubkę od podstawy. Dokładnie widzimy z jakim ogromem mamy do czynienia. Nigdy nie interesowałam się co prawda platformami wiertniczymi, ale doprawdy nie sądziłam, że ich ogrom jest tak trudny do opisania...

Jedno zaniedbanie doprowadza do tragedii wielu ludzi... Widzimy ich strach, razem z nimi czujemy dreszcz emocji, zagubienie i czujemy na skórze przerażający żywioł morski... Nie wyobrażam sobie dramatu rodzin osób zaginionych, ani cierpienia tych, którzy stanęli oko w oko z morskim żywiołem.

Sceny z filmu tak dobitnie pokazują, z jak przerażającą historią mamy do czynienia. Jak kruche jest życie ludzie, gdy staje oko w oko z żywiołem. To nie jest taki sam lub porównywalny film do innych. To film, który zapiera dech w piersiach, daje sporej dawki emocji  i nie pozwala zapomnieć o sobie na długi czas...

zdjęcie pochodzi z serwisu filmweb.pl

O MNIE

Moje zdjęcie
Kobieta pracująca. Żona. Zakochana w mężu i podróżach. W wolnych chwilach przerabia ubrania i grzebie w DIY. Lubi pisać, od zawsze. Zdarza jej się czytać bardziej lub mniej ambitne pozycje. A tutaj dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami. Zapraszam do zakładki O MNIE. Przedstawiam genezę i cel prowadzonego przeze mnie bloga ;)

Łączna liczba wyświetleń

OBSERWATORZY

INSTAGRAM

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *