środa, 14 czerwca 2017

Poradnik dla leniwych - jak szybko posprzątać mieszkanie?

Jestem typem leniwca, który lubi mieć czysto w domu, ale nie lubi sprzątać. Uwielbiam, gdy panele lśnią, w kątach nie ma ani grama kurzu, dywan perfekcyjnie pozbawiony jest wszelkich roztoczy i włosków. I jak to wszystko ogarnąć, gdy ma się w domu psa?

Psa, którego sierść nie należy do najkrótszych. Psa, który na przełomie marca, gubił tonę sierści!! Nie pomagało wyczesywanie, a ja zrozpaczona nie wiedziałam, jak żyć!! Wiecie, jaki jest problem przy panelach? Widać niemal każdą smugę i tak naprawdę najlepiej byłoby myć je na kolanach. Ale jestem w ciąży, wiec no way!

Jak wyglądało to w praktyce?
Mieszkanie należało zamieść, a następnie umyć mopem. Chyba nie muszę mówić, że zmiotka nie była w stanie zamieść całej sierści, za to mop perfekcyjnie ją znajdował i pozostawiał kłęby kłaków. Po mopowaniu nadszedł czas na czekanie, aż podłoga wyschnie i kolejne zamiatanie. W sumie z czekaniem 2-3 h, 2-3 razy w tygodniu. Czyli od 4 do 9 godzin tygodniowo. Ileż można?! Na szczęście z ratunkiem przyszedł Philips PowerPro Aqua 3w1. I od razu zaznaczę, że nie jest to żaden wpis sponsorowany. Z firmą Philips nie miałam przyjemności współpracować.


Opinie.
Zanim kupiłam owy odkurzacz bezprzewodowy naczytałam się masy opinii. Ile ludzi - tyle wniosków. Spore grono osób było na nie, pisząc, że z odkurzacza wysypuje się to i owo, i że nie jest w stanie równać się z klasycznym odkurzaczem. Pozwólcie, że od razu zweryfikuję informacje na podstawie swoich doświadczeń. W odkurzaczu Philips FC6405/01 PowerPro Aqua 3w1 mamy bardzo mały zbiorniczek na kurz. W zależności, jak bardzo mamy zapuszczone mieszkanie, tak często należy zbiorniczek w trakcie jednego sprzątania opróżniać. Jeżeli ktoś po odkurzaniu nie wyczyści urządzenia, tylko wstawi go w kąt - to nie ma się co dziwić, że z przepełnionego zbiornika coś się wysypie.
Ludzie burzyli się również na fakt, iż nie radzi sobie w kątach i przy listwach. I tutaj mają w 100% racje. Na szczęście zakupiony Philips PowerPro Aqua 3w1 został wyposażony w odkurzacz ręczny, który rozwiązuje problem z niedostępnymi miejscami do zera. Świetnie radzi sobie z odkurzaniem kanapy, czy też materaca.

Przejdźmy zatem do szczegółów!



PLUSY:
+ mega lekki i poręczny. Nawet dla mnie, ciężarnej sprzątanie nie stanowi problemu.
+ odkurzam i jednocześnie myję podłogę. Perfekcyjnie! Usuwa nawet zaschnięte plamy. I urządzenie zużywa tyle wody, że podłoga wysycha w ciągu kilku minut.
+ dba o podłogę. Mało zużytej wody = mało wody, którą panele mogą wpić = większa troska!
+ bezprzewodowy, nie trzeba ciągnąć za sobą kabla.
+ łatwy w czyszczeniu. Sam zbiorniczek na kurz, jak i zarówno filtr możemy umyć i pozbyć się roztoczy, dzięki czemu odkurzacz wciąż wygląda jak nowy. Ale uwaga, trzeba czyścić za każdym razem!
+ turboszczotka perfekcyjnie zbiera moje i psie włosy wygrzebując je z najgłębszych warstw dywanu.
+ tryb MAX pozwala dosadnie przyssać się do czyszczonej powierzchni, ssanie jest tak duże, że kurz i sierść na dywanie nie mają szans!
+ oszczędność czasu - sprzątnięcie całego mieszkania zajmuje pół godziny, a nie tak jak wcześniej 2-3 h. Tygodniowo oszczędzam od 2 do 7,5 h !!!
+ jedno ładowanie wystarczy mi na przynajmniej 2 razy dokładnego odkurzania z zaglądaniem w każdy kąt.
+ łatwo można przejść z mycia podłogi do odkurzania dywanu i na odwrót. Końcówka z mopem na magnes to rarytas!
+ brak smug na panelach, po myciu. Brak konieczności powtarzania czynności.
+ końcówka do odkurzacza ręcznego świetnie wymiata każdy kurz niezależnie od odkurzanej powierzchni.
+ odkurzacz bezworkowy, wystarczy umyć zbiorniczek i voilà!
+ ładnie się prezentuje, nowocześnie i z klasą. Wystarczy go umyć i nawet nie trzeba się go wstydzić. Stoi samodzielnie, nie musi opierać się o żadne meble, czy też ścianę.
+ mop z mikrowłókna można prać i wymieniać - w zależności od potrzeb oczywiście. Mocowany jest na rzep, perfekcyjnie trwały.
+ dobre materiały. Większość zbudowana jest z plastiku. Przy czyszczeniu obawiałam się, że łatwo się połamie, bo wygląda na takie kruche... Na szczęście plastik jest na tyle mocny, że ma mowy o jakimkolwiek połamaniu, wgnieceniu czy uszkodzeniu, gdy czyścimy bez przesady, z normalnym naciskiem, bez wkładania dużej ilości siły.

Ręczny odkurzacz.
Ręczny odkurzacz z końcówką.

MINUSY:
- cena, kwota 1200-1300 zł to nie dla każdego przystępna cena!
- nie radzi sobie z dużą ilością piasku. Tzn. wciągnie go, ale jakaś część zatrzyma się w okolicy turboszczotki i przy podniesieniu odkurzacza do góry wszystko wyleci na zewnątrz... Dlatego gdy napotkany dużą ilość piasku należy nie dopuścić do wysypania się piachu, zanim nie dotrzemy do kosza na śmieci! Albo po prostu najpierw zamieść tradycyjną miotłą i poprawić niedociągnięcia odkurzaczem.
- ładowanie 5 h. Niby mało, ale gdy odkurzacz potrzebny jest na szybko, to czas ciągnie się i ciągnie.
- przy domach powyżej 60 m2 odkurzacz się nie sprawdzi. Moc baterii jest za mała na taki metraż i przy jednej pełnej baterii nie będzie się w stanie odkurzyć dokładnie całego domu.
- działanie odkurzacza tylko w trybie MAX i/lub przy odkurzaczu ręcznym = energia zżarta w 20 minut :(

Turboszczotka.

Mop z wymienną wkładką z mikrofibry.

Mop z wymienną wkładką z mikrofibry.
Nie wyobrażam sobie wersji, w której nie ma ręcznego odkurzacza. Wtedy naprawdę musiałabym zaopatrzyć się dodatkowo w klasyczny odkurzacz, a przecież nie o to chodzi!

Spójrzmy prawdzie w oczy odkurzacz PHILIPS FC6405/01 PowerPro Aqua 3w1 nadaje się do codziennego użytku, zbierania kurzu, sierści i mycia podłóg (i po to go kupiłam!!). Nie sprawdzi się, gdy zbiornik nie będzie na bieżąco czyszczony, gdy będzie masa dużych paprochów, to nie jest przemysłowy odkurzacz. Jeżeli jesteś leniwcem do tego stopnia, że nie masz już nawet ochoty czyścić zbiornika, lepiej kup zwykły odkurzacz... 

Jeśli masz zwierzaka, który gubi nagminnie sierść, jeśli jesteś leniwcem (ale znajdziesz czas na regularne oczyszczanie zbiornika, które zajmie minutę lub dwie) i nie chcesz tracić życia aby posprzątać dom, albo rozsypała ci się mąka i nie chce Ci się schylać by zamieść drobinki, sięgnij po PHILIPS PowerPro Aqua 3w1. Naprawdę warto ;)



sobota, 10 czerwca 2017

Dlaczego porzuciłam pracę copywritera?

Wiecie, że moim marzeniem jest zarabiać na pisaniu. I nawet to marzenie zaczęło się iścić... Były zlecenia, pierwsza kasa, kolejne zlecenia, ciut więcej kasy i kolejne zamówienia na moje artykuły. Było to tak naprawdę w czasie, gdy walczyłam sama ze sobą. Motałam się w studiach magisterskich, które i tak ostatecznie porzuciłam, szukałam jakiejś pracy i chciałam za wszelką cenę robić to, co lubię.

Coś jednak poszło nie tak.
Nie oszukujmy się. Kokosów z pisania nie miałam! Ale pal licho hajs... Przecież sprawiało mi to ogromną satysfakcję. Pisałam na ustalone tematy. Deadline i kolejne zlecenia zapełniały mój kalendarz. Oczywiście, że w tym czasie odpuściłam sobie wykłady i większość ćwiczeń na studiach, ale to nie dlatego, że znalazłam zajęcie (w dodatku zdalne!), które mi się podobało. Już kiedyś pisałam dlaczego rzuciłam studia i żeby nie zbaczać z tematu zainteresowanych odsyłam do tego artykułu. Dostałam jedno poważne zlecenie. Wiecie, takie dużo poważniejsze, od znanej firmy. Moich zachwytów nie było końca. Ustaliliśmy zasady i do dzieła!

Kubeł zimnej wody.
Nie będę ukrywać, że to była to maksymalnie wymagająca firma. Treści podesłałam na czas, włożyłam w nie całą siebie, niemal jak w każde zlecenie. Po czym otrzymałam odpowiedź, że teksty muszą iść do poprawki i jeżeli tak ma wyglądać nasza współpraca, to słabo to widzą. Szczerze? Siedziałam przed laptonem i niemal wydłubywałam sobie oczy ze zdziwienia... Nie będę sobie schlebiać, bo nie jestem ideałem. Sami przecież widzicie, że robię masę błędów. Oczywiście firma podobno coś tam zmieniła, zapłacili mi, rozliczyliśmy się, jak ludzie. Tekstów jeszcze nie było w sieci, więc nie widziałam zmian. Ale ten kubeł zimnej wody wstrząsnął mną na tyle, że zawiesiłam przyjmowanie zleceń na bity miesiąc.

Zwątpiłam.
Niby jedna firma. Ale ta jedna współpraca i ten jeden mail dał mi głęboko do myślenia, czy to wszystko aby na pewno powinno iść w tę stronę. To nie koniec historii. Morał jest totalni inny. Po miesiącu przerwy nabrałam sił i stwierdziłam, że jestem gotowa by ujrzeć owe poprawki. Wygooglowałam swoje teksty, usiadałam i niemal płakałam... Wiecie, jak wyglądały poprawki? Dodali raptem dwa przecinki!! Oczywiście była to współpraca oparta na oddaniu praw autorskich, więc nikogo nie dziwiło, że tekst podpisany nie był ani moim pseudonimem, ani nazwiskiem. Owa dziennikarka zbierała wszystkie możliwe komentarze z zachwytami. Żeby było śmiesznej owa firma odezwała się do mnie z propozycją kolejnej współpracy, dwa tygodnie po odkryciu przeze mnie tekstów. Gdy przeliczyłam ile na tym zarobiłam i ile warte były poświęcone minuty, by czytać swój tekst podpisany cudzym nazwiskiem, zaproponowałam im takie warunki, że podziękowali za współpracę, mając jeszcze czelność wypominać mi, że przecież teksty były do poprawki!

Nie zrezygnowałam do końca.
Jeśli mam się zrzec praw do tekstu chcę widzieć i poczuć, że naprawdę mi się to opłaca. Jeśli mam za marne kwoty budować czyjeś portfolio, to ja po prostu pasuję... Za bardzo boli, gdy ktoś inny zbiera brawa i uznanie, za moją pracę. Teraz już po prostu znam swoją cenę, a za wcześniejszy brak jej znajomości zapłaciłam zbyt boleśnie.

wtorek, 6 czerwca 2017

Kobieta, która... chiała mieć męża Araba. Prawdziwa historia.

Daria jakiś czas temu szukała pocieszenia w Internecie. Może i nawet równie dołujących historii co jej. Chciała wierzyć, że nie jest aż tak beznadziejnym przypadkiem, że może jakaś kobieta ma gorzej. Trafiła na serię postów kobieta, która... Jak sama mówi - chciała wreszcie zrzucić z siebie ten okropny balast. Może gdy więcej osób przeczyta jej historię, poczuje się lżej. Wszelkie kamienie za słowo "Arab" zostawcie dla siebie. Wczytajcie się w historię Darii, tak jak ja to zrobiłam. I choć spróbujcie ją zrozumieć, może pozostawcie słowa otuchy i wsparcia...

Zaczęło się pięknie i romantycznie.

Niemal, jak w Pamiętnikach z wakacji. Wystarczył jeden wyjazd do Tunezji. Gorąca plaża, cudowne widoki, wyśmienita pogoda. Na jednej z imprez poznała jego. Habib, bo tak miał na imię to chłopak o typowo arabskiej urodzie. Oczarował Darię, ale nie na tyle, aby mogła pozwolić mu zostać w swym sercu na dłużej. W  Niemczech, w których mieszkała na stałe, czekał na nią jej chłopak, Bartek. Od paru miesięcy nie było między nimi najlepiej. Nawet na od dawna planowany wyjazd do wymarzonej Tunezji spoglądał krytycznym okiem. Zrobił wszystko co mógł, by nie wyjechać. Na szczęście Daria nie pojechała sama, zabrała ze sobą Elizkę. Imprezowiczkę, szaloną, ale przemiłą dziewczynę.

Każde wakacje kiedyś się kończą.

Opalone dziewczyny wypoczęte i gotowe do powrotu chichotały w hotelowym pokoju pakując walizki. To właśnie wtedy Daria wyznała Elizie, że jakoś nie może przestać myśleć o Habibi. Że tak bardzo ją intryguje. Wie, że to nie jest miłość, nawet nie zauroczenie. Może zwykła ciekawość? W końcu tyle złego słyszała o Muzułmanach. A ten... wydawał się kimś zupełnie innym. Zaliczyli kilka randek o zachodzie i wschodzie słońca. Nie zabrakło wspólnych kolacji i pocałunków. Między jednym, a drugim pożegnalnym uściskiem wymienili się numerami telefonów. Dla Darii ten intrygujący chłopak był tylko powodem do zadumy, rozmyślań i wakacyjnym czasu-umilaczem. Nie miała zamiaru mówić Bartkowi o swoim wakacyjnym romansie, ani tym bardziej nawiązywać z Bibi jakiegokolwiek kontaktu.


Wszystko potoczyło się jednak inaczej...

Wróciła do pustego mieszkania. Na stole leżał list od Bartka. Napisał, że dostał MMSa od Elizy, że on już wszystko zrozumiał i nie chce żadnych wyjaśnień. Że życzy jej szczęścia z Habibi. Totalnie odebrało jej mowę. Parę miesięcy później dowiedziała się, że Bartek znalazł pocieszenie w ramionach Elizki. Tej samej podłej żmijki. Daria nie była fair, ale Eliza odebrała jej szansę na jakikolwiek ruch... Zniesmaczona dziewczyna odpowiedziała na wiadomość Habibi. Co prawda opóźnienie było co najmniej miesięczne, ale postanowiła kontynuować swoją znajomość.

"Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!"

Nigdy nie czuła, że może połączyć ją z kimś tak silna więź. Rozmawiali ze sobą codziennie na skype, pisali setki smsów. Byli niemal nierozłączni, a ich perfekcyjny angielski tylko ułatwiał znajomość. Dokładnie trzy miesiące później Daria znów była w Tunezji. Tym razem wybrała się sama. Mimo wielu przeciwności losu i okrutnie długiej drogi naszpikowanej zastraszającymi informacjami o atakach w państwach islamskich. Nic nie miało znaczenia... Te dwa tygodnie z Habibi były dla dziewczyny najważniejsze. Jak sama wspomina, to był czas, jak z bajki. W życiu nie spotkała tak cudownego, romantycznego i nonszalanckiego mężczyzny. Miała wrażenie, że te wszystkie historie o Muzułmanach, to jakieś brednie wymyślone przez rasistów. Bo jej Habibi totalnie był osobą niewierzącą, nie wyznawał tych wszystkich okrutnych zasad religii.

Zakochała się.

Bez pamięci, do cna. Na dwa dni przed wylotem, Habibi oświadczył się jej! Zrobił to, na co Bartek nie był w stanie się zebrać przez 5 lat mieszkania z Darią. A, że dobijała do 30stki, jej zegar coraz głośniej tykał. Miała wrażenie, że złapała Pana Boga za nogi. Poczuła się, jak nastolatka. Jednak musiała wrócić do swojej rzeczywistości. Kraju, w którym Habibi nie mógł legalnie pozostać. Rozpoczęli długą i monotonną walkę z urzędnikami.




Miał być ślub.

Termin niestety przekładany był pięciokrotnie! Wszystko przez skomplikowane procedury, okrutnych urzędników, nienormalne, jak Darii się wtedy wydawało przepisy. Trwali w tej walce 1,5 roku. W tym czasie widzieli się raptem raz... Tak naprawdę ich związek trzymał tylko fakt, że może już teraz, za miesiąc, za pięć tygodni zostaną mężem i żoną, i że nikt i nic już ich nie rozdzieli. Nie muszę wspominać, jak reagowało na tą wieść otoczenie Darii. Rodzice totalnie się na nią obrazili, przyjaciele gardzili mówiąc, że Niemcy nie potrzebują kolejnego zamachowca w swoim kraju. Wszyscy na swój sposób próbowali przekonać Darię, że nie warto ufać Arabowi, że na świecie jest wystarczająca ilość oszukanych Polek. Że po prostu chcą dla niej, jak najlepiej, chcą uchronić ją przed zagładą. Daria nie słuchała rad. A gdy kolejny termin ślubu został przełożony, nie mogła już dłużej wytrzymać i postanowiła zrobić niespodziankę swojemu narzeczonemu.

Rozczarowanie do granic możliwości.

Trudno jest napisać to, co się stało. Ale winne jesteśmy Wam przedstawić to smutne zakończenie historii. Habib miał już swoją arabską żonę i dzieci. Wierzył w Koran i przestrzegał wszystkich zasad Muzułmanina. Chciał legalnie dostać się do Niemiec, a potem ściągnąć tam swoją rodzinę. Daria miała być tylko przynętą. Nigdy nie dowiedziałaby się o tym, gdyby na własne oczy nie ujrzała Salwy. Przez czas walki na całe szczęście Daria nauczyła się na tyle arabskiego, by móc porozmawiać z kobietą, którą zastała w mieszkaniu Habibi. 

I na koniec kilka słów od Darii:
Czy byłam naiwna? Może trochę. Ja po prostu, jak wiele z bohaterek z Twoich historii chciałam wierzyć w miłość i być kochana. Z wzajemnością. Na szczęście zdążyłam uciec z mieszkania przed powrotem Habibi. Szybko wróciłam do Niemiec, zmieniłam numer telefonu i miejsce zamieszkania. Nawet nie miałam ochoty tłumaczyć temu człowiekowi zmian, które nadeszły. Zniknęłam z jego pola widzenia w porę, bo kilka dni później przyszło pismo z ambasady z przeprosinami, że poprzednie pismo było nieporozumieniem i potwierdzają datę ślubu. Jak dobrze, że w porę zdołałam wszystko odkręcić! Nawet nie chcę myśleć, co by było gdybym przed ślubem się nie dowiedziała... Nigdy więcej tego typu miłości na odległość, nigdy więcej arabskiej miłości... Niech moja historia będzie ostrzeżeniem dla wielu kobiet.
 Kobieta, która... to cykl na blogu. Będę umieszczała historie wielu kobiet. Te zasłyszane, podsłuchane, wymyślone, podejrzane. Postaram się Was szokować, zaskakiwać, bawić i dziwić. Jeśli znasz historię kobiety, którą chciałabyś/łbyś się z nami, bloggerami podzielić koniecznie napisz na networkerka@gmail.com Czekam nie tylko na opowiadania, ale i kilku zdaniowe streszczenia, i inspiracje. :)

piątek, 2 czerwca 2017

A gdyby tak usunąć ciążę?

6 miesiąc ciąży daje we znaki! A za oknem nastało prawdziwe lato. Ludzie grillują, piwkują, imprezują, wygrzewają się na plaży. Odważniejsi już pływają, czy to w morzu, czy w jeziorze. Inni zdobywają nowe miasta i szczyty. Żyją na 110%. A ja?

Jedyna komfortowa pozycja to - leżenie!
Z dnia na dzień coraz mocniej odczuwam przybywające kilogramy. Boli mnie kręgosłup, nie mogę zbyt długo siedzieć, nie mówiąc o spacerach! Przy chodzeniu puchną mi stopy, przy siedzeniu mrowi całe ciało. Przy leżeniu, mam wrażenie, że za chwilę obok coraz bardziej widocznego brzuszka pojawią się odleżyny. Tak źle i tak niedobrze.

Na domiar złego ci piwkujący ludzie!
Też chciałabym bezkarnie napić się piwa, wypić winko, iść na imprezę. Wskoczyć do wody i poskakać na trampolinie. Do tego albumy ze wspomnieniami letnich podbojów niszczą moje serce... Bo już nigdy beztrosko nie wyjadę na wakacje. Już nigdy nie wyjdę na imprezę bez świadomości, że wciąż jestem za kogoś odpowiedzialna. Już nigdy przenigdy nie będę miała stanu w którym ciągle o kimś myślę i ciągle o kogoś się martwię... Podczas gdy moi znajomi odhaczają na swojej liście miejsca, które odwiedzili, ja jestem uziemiona.

I gdy jestem już u kresu wytrzymałości, bo znów nie wiem, czy to aby na pewno już teraz jest ten odpowiedni czas na dziecko, czuję kolejne kopnięcie. I przypominam sobie miliony powodów, dla których tak bardzo pragnęłam dziecka. I wiem, że jestem gotów poświęcić wszystko, by urodziło się zdrowe i było ze mną. I już przestają mieć znaczenie litry alkoholu, wakacje w Tajlandii, słowackie szczyty, bo wiem, że to wszystko na mnie zaczeka. A teraz jest czas jedyny i niepowtarzalny. Liczy się tu i teraz. I nieważne ile jeszcze przytyje, i nieważne jak bardzo dziecko mnie jeszcze skopie, i jak bardzo będę czuć się zmęczona. Najważniejsze są te piękne, prawdziwe chwile, które przysłaniają wszelkie niedogodności... ♥


P.S. Ci, którzy przeczytają cały post będą wiedzieć, że tytuł to istna podpucha. Chcę sprawdzić, ilu z Was naprawdę czyta posty, a ilu przyciągnie tylko i wyłącznie kontrowersyjny tytuł, a pierwsze dwa akapity tekstu pozwolą ocenić mnie, jako najgorszą przyszłą mamę na świecie ;)

niedziela, 28 maja 2017

5 powodów, dla których małe wesele ma sens.

Jako, że niebawem wybije pierwsza rocznica mojego ślubu, naszły mnie pewne refleksje. To właśnie rok temu gorączkowo szukałam sukienki, dopinaliśmy szczegóły związane z restauracją, DJ i tortem. Zaproszenia były już dawno rozdane, termin zaklepany, obrączki w trakcie tworzenia, nie było odwrotu! Wesele liczyło całe 30 osób. Mało? Dużo? Nie istotne, ważne, że bawiliśmy się przednio i wszyscy uczestnicy imprezy, jak jeden mąż byli zachwyceni. Całe swoje życie byłam zapraszana na wesela, które liczyły minimum 100 osób. Sama jednak zdecydowałam się na skromną uroczystości. Czy gdybym cofnęła czas, to zaprosiłabym więcej osób? Zdecydowanie nie! A oto 5 powodów, dla których uważam, że małe wesela są super.

1. Zapraszasz tylko tych, których naprawdę chcesz zaprosić.
Szczególnie, że wesele finansowaliśmy z własnych pieniędzy, więc rodzicie nie mieli w kwestii zaproszonych osób prawa głosu. I nie będę ukrywać, że mamy z mężem ogromną rodzinę. Ale postanowiliśmy zaprosić tych, którzy są z nami w ostatnim czasie TU i TERAZ. Stawialiśmy na prawdziwe i szczere relacje. Nie żałowaliśmy zastąpić wujka Mietka, którego ostatni raz widziałam, gdy miałam 10 lat, na fantastyczną koleżankę z pracy. Ani kuzyna, na weselu u którego byłam, gdy miałam 4 lata. I obojętne mi było, czy rodzice zabiorą mnie na zacne wesele, czy zostawiają na placu zabaw. Sory gościu, ale nie mieliśmy od tamtego czasu żadnego kontaktu! Nie był dla nas w ogóle istotny stopień pokrewieństwa. Ważni byli tylko i wyłącznie szczerzy przyjaciele, którzy naprawdę są.

2. Mało, znaczy dużo!
Mało osób równa się więcej rozmów, więcej wspólnych chwil z KAŻDYM z zaproszonych. Mam dla porównania wielkie wesela, na których było 100 lub 150 osób, na których niemal nikt nie zawarł nowych znajomości, na których para młoda nie była po prostu w stanie z każdym zamienić choć słowa, czy też zatańczyć. Tworzyły się grupki osób, które okupowały wybrane strefy - palarnie, stół, ścianę lub parkiet. I nijak owe grupki ze sobą się mieszały! Było ewidentnie widać podział i to za każdym razem.

3. Mniejsze koszty, większe zyski.
Nie ukrywajmy - duże wesele to duży wydatek. Zapraszając ciotkę, którą ostatni raz widzieliśmy pięć lat temu, nie mamy pewności, że sypnie groszem na tyle, by zwrócić pieniądze za swoje miejsce przy stole i czas spędzony na parkiecie. To samo tyczy się kuzynostwa, z którym na co dzień po prostu nie utrzymuje się kontaktu. Nie zrozumcie mnie źle. Bo nie powinno organizować się wesela tylko dla pieniędzy, ale spójrzmy prawdzie w oczy! Osobiście bardziej skłonna jestem obdarować znacznie cenniejszym prezentem osobę, z którą mam bliski kontakt niezależnie od stopnia pokrewieństwa, niż kuzynkę, z którą ostatni raz rozmawiałam 15 lat temu. I owa dewiza sprawdziła się i w naszym przypadku, zdecydowanie wyszliśmy na plus!



4. Mniejszy stres.
Skoro zapraszasz samych świetnych przyjaciół, ukochaną rodzinę, to nie musisz nikogo udawać! Gdy pomylisz się przy słowach przysięgi lub pierwszym tańcu, nikt nie będzie Ci tego wypominał i niósł wieści hen daleko w rodzinne grono. Bo przecież ci wszyscy ludzie naprawdę Cię kochają i oni naprawdę chcą być z Tobą w tym szczególnym dniu. Chcą, a nie muszą, są bo chcą, a nie dlatego, że tak wypada!

5. Kameralny nastrój popłaca.
I to w każdym calu. Na wesele wybraliśmy restaurację, która dedykowana była 50 weselnikom. Nieco obawialiśmy się, czy taka mała liczba osób nie wprowadzi pustki, echa i ogólnego przybicia. Było fantastycznie! Nikt nikomu nie wbijał łokci w talerz, ale też nikt od nikogo nie siedział na tyle daleko, by czuć się odosobnionym. Na stołach znalazło się miejsce nie tylko dla masy pysznego jedzenia, ale i fantastycznych dekoracji. Sala wyglądała przecudnie, a i miejsca do tańczenia było w sam raz na 30 osób. To wystarczające warunki by tańczyć, pić, jeść i szaleć na parkiecie do białego rana!

Zaraz po weselu otrzymaliśmy fantastyczne podziękowania od naszych gości. Wszyscy bowiem wiedzieli, jak mała będzie liczba osób, ale nikt się nie spodziewał, że zabawa i towarzystwo będzie po prostu przecudowne.

Post ma na celu wesprzeć na duchu tych, którzy mają małe rodziny, mało przyjaciół lub tak jak my, wielkie rodziny, ale z różnych przyczyn nie utrzymujących z nimi kontaktu. 

Naprawdę da się i naprawdę może być pięknie! ♥♥♥

niedziela, 7 maja 2017

Chciałam być korpo biurwą.

Jako dziecko z utęsknieniem oglądałam filmy o kropo biurwach. Mało tego, bawiłam się w korpo biurwę. Raz byłam sekretarką, innym razem księgową lub bankierem. Chciałam być takie jak one, te długonogie piękne kobiety. W damskich garniturach, dopasowanych żakietach, wysokich szpilkach wkraczające z uśmiechem na twarzy do eleganckiego biura. 

Chciałam być korpo biurwą. Pracować przy komputerze, w wyjściowym dresscode. Pełnić ważne funkcje w wielkim mieście. Codziennie wjeżdżać windą do wysokiego wieżowca. Brać udział w delegacjach i jak na korpo biurwę przystało, chciałam od strony biznesowej zwiedzać świat.

Ale coś poszło nie tak.
Gdy marzenia stały się rzeczywistością poczułam się oszukana. Ktoś zabrał mi wszystkie marzenia i wyobrażenia. Przecież nie tak wyglądało życie korpo biurwy z dziecięcych lat. Nie było w nim presji, stresu i wylanych łez. Nie było rozczarowań, ciasnych i klimatyzowanych pomieszczeń. Nie było wyścigów szczurów, zazdrosnych spojrzeń koleżanek i niemiłych przełożonych. Były wyjazdy, które w rzeczywistości zdarzały się tylko raz na rok i dedykowane były tylko dla najlepszym korpo szczurów.


Chciałam być korpo biurwą, ale zaczęły mnie przeszkadzać przeszklone biurowce. Nie mogłam patrzeć na przepiękną pogodę za oknem, podczas gdy ja musiałam siedzieć w biurze i robić coś, czego nie lubię. W biurowcu nawet śnieg za oknem wydawał się tak mało odrażający. Wszystko i burza, i deszcz, i grad, i mróz, wszystko było lepsze, od ciepłej posadki w korpo.

Chciałam być korpo biurwą, ale inaczej ten świat sobie wyobrażałam. Pamiętam ten dzień, w którym zwolniłam się z z jednej z firm. Było to stanowisko, o które musiałam zawalczyć. Pokonałam 10 innych osób. I wtedy sądziłam, że złapałam Pana Boga za nogi. Skakałam z radości, bo marzenia wreszcie się spełniały, bo świat stał przede mną otworem. Dziś wiem, że zabrałam moim rywalom marzenia. Oddaliby wiele, by być na moim miejscu i mieć takie możliwości, i taką pracę. A ja z radości, że uwolniłam się z piekła opijałam ten dzień z koleżanką, sącząc piwo na rzeką. Fuck off kopro...

/Oczywiście, że generalizuję. Mówię tylko o sobie i swoich odczuciach. Poniosłam swoistą klęskę, bo nie nadaję się na korpo biurwę. I zazdroszczę wszystkim tym, którym praca w kropo przynosi nie tylko sukcesy, ale i satysfakcje./

czwartek, 4 maja 2017

Pięć typów kupujących za pośrednictwem OLX.

Jak niemal każdemu użytkownikowi Internetu zdarzyło mi się co nieco wystawić na sprzedaż na portalu OLX. A to jakieś ciuszki, które się znudziły, a to jakiś nietrafiony prezent, a to książka, która się nie spodobała. Normalne. Trafiałam, a właściwie trafiali do mnie ludzie różnego typu. Kupujący zwinni, jak marzenie i marudy, które same nie wiedzą czego chcą od życia. A że hormony buzują we mnie za sprawą ciąży niczym wulkan energii postanowiłam wyróżnić pięć typów kupujących na OLX.

1. Konkret.
I taki typ klienta każdy lubi najbardziej. Szybko, sprawnie i bezboleśnie. Nie pyta o cenę, ani rozmiar wkładki, bo to wszystko napisane jest w ogłoszeniu. Pyta za to o numer konta do wpłaty lub czy mogę wysłać za pobraniem. Rach ciach i po krzyku, sprzedane!

2. Analfabeta.
Ogłoszenia staram się pisać tak, by osoba przeglądająca ofertę miała podane 99,9% informacji. W tym koszty wysyłki, czy chcę się wymienić, jaki rozmiar, jakie ma defekty oraz to, czy rzecz jest nowa, czy używana. I co z tego, analfabeta jakimś cudem poskłada literki i zapyta o wszystko, co wspomniane w ogłoszeniu raz jeszcze. I nie będzie to potok pytań zawarty w jednej wiadomości. Będzie pytać codziennie, dawkować pytania niczym złoty lek, a na koniec urwie kontakt nie mówiąc nawet "pocałuj się w dupę!".

3. Licytator.
Liczę się z tym, że kupujący zawsze będą chcieli nieco zmniejszyć cenę, to zupełnie normalne i szczerze mówiąc niektórym zazdroszczę tej żyłki handlowca. Bo sama kupując od innych nie potrafię się tak targować. A licytatorzy przechodzą samych siebie! Nie wystarczy im, że zgodzę się na kompromis. Dalej wiercą dziurę w brzuchu, a ja z każdą kolejną wiadomością zaczynam się zastanawiać, kiedy zaproponują bym wysłała sukienkę za darmo, oczywiście pokrywając koszty wysyłki.


4. Bajkopisarz.
To dopiero typ! Wciśnie ci każdą bajkę. Nie wiem czy po to, by zaspokoić swoje potrzeby, czy żeby wkurzyć. Finalnie nigdy nic nie kupi. Kiedyś chciałam sprzedać telefon. Zainteresowany prawdopodobnie mieszkał niedaleko mnie. Umówił się na konkrety dzień i godzinę, że przyjedzie, zobaczy i chętnie kupi. Ok! Zapytałam, czy wie, gdzie ma dotrzeć? Odpisał, że tak. No cóż, nie będę się narzucać w takim razie z podawaniem adresu ani nr telefonu. A lokalizację miałam ustawioną na... kościół. Dla pewności chwilę przed jego planowanym przybyciem zapytałam, czy na pewno będzie. Odpisał, że teraz nie może, bo zajmuje się dzieckiem. Moja troska osiągnęła maksimum, więc dalej pytałam kiedy mu pasuje, podał konkretny dzień. Wiecie... nie jestem nachalna. Zgodziłam się na przedstawiony termin. Nawet tego dnia owy Pan pisał do mnie, że już jedzie i będzie za pół h! Ja do dzisiaj się zastanawiam czy rzeczywiście zapukał do bram kościoła, czy może ksiądz albo jakaś inna babcia sprzedała mu swój stary telefon? Nie wiem, bo kontakt po prostu się urwał, a telefon zamiast sprzedać oddałam kuzynce.

5. Rezerwujący.
Ja Wam mówię, rezerwujący kochają to robić!! Kochają rezerwować! Zawsze wydawało mi się, że rezerwacja = zaliczka. Otóż, w jak wielkim byłam błędzie. Użytkownicy OLX na szczęście wyciągnęli mnie z tego snu. Raz zgodziłam się na zarezerwowanie żakietu na miesiąc. Oczywiście zainteresowana zarzekała się, że teraz nie ma kasy, ale umówionego dnia ją będzie miała i kupi. Moja rezerwacja była czysto fikcyjna, bo gdyby ktoś zgłosił się wcześniej, bez skrupułów sprzedałabym bardziej zainteresowanej finansowo osobie. Wiecie, ta rezerwująca przynajmniej przestała się odzywać, co dla mnie było jednoznaczne. Innym razem natomiast dziewczyna rezerwowała buty mówiąc, że za kilka dni wpłaci. Próbowałam ją pośpieszyć, mówiąc, że mam innych chętnych, a ona rezerwacje miała do wczoraj, no i co teraz, a przecież chcę być lojalna wobec niej. Odpisywała, że ona dzisiaj już nawet teraz biegnie na pocztę dokonać wpłaty. Że kasa będzie u mnie jeszcze dzisiaj, albo... jutro. Tylko, że nie prosiła w tym celu ani o nr konta, ani nie podawała adresu do wysyłki. Dziwne. Rozdwojenie jaźni?

Felieton oparłam na przykładzie kupujących za pośrednictwem OLX, ale przecież sytuacje możemy przypisać również do innych portali, czy nawet sprzedaży poprzez facebooka. Wszędzie tam, gdzie w sieci możemy się ogłosić, by coś sprzedać.

Ludzie są różni. Niestety sami sobie nawzajem jako kupujący robimy antyreklamę. A wystarczą konkretne komunikaty w stylu: - sory, ale nie kupuję od ciebie, bo nie. Wam życzę tylko ludzi z pierwszego typu, reszta niech ginie w nicości... I sami dla sprzedających również tacy bądźmy.

A Wy jakie macie doświadczenia? Zgadzacie się ze mną? Coś byście do tej listy dodali? :)


czwartek, 27 kwietnia 2017

Łączenie, mieszanie kolorów hybryd. Semilac. DIY.


O zaletach lakierów hybrydowych Semilac pisałam już 2 lata temu KLIK. I od tamtego czasu wciąż jestem wierna jednej marce. W swoich zasobach mam dokładnie 8 kolorów. Nie będę ukrywać, że nawet i taka gama kolorystyczna z czasem zaczyna się nudzić. Buteleczki, jak na swoje 7 ml są naprawdę mega wydajne i spore. Malując paznokcie tylko sobie, nie jestem w stanie zwyczajnie ich wykończyć. Dlatego wpadłam na pomysł, by pokombinować i połączyć kolory, w celu uzyskania czegoś nowego. Zainteresowani?

Na tapetę poszły póki co tylko dwa kolory  114 Shooting Star i 022 Mint. Owe lakiery miały już swoje premiery na blogu KLIK i KLIK.



Jak je łączyłam?
Na starą ulotkę dałam dużą kropelkę jednego i drugiego kolory. Pędzelkiem mieszałam lakier i nakładałam na paznokieć. Efekt? Jasny błękit!

Zdjęcie z lampą.
Zdjęcie bez lampy.
Być może zapytacie co to za dobrodziejstwo (lub szkaradztwo) na środkowym i małym palcu. Otóż fioletowy brokat. Do kupienia w niemal każdym sklepie z lakierami za około 2-5 zł za słoiczek ;)


I jak podoba Wam się efekt końcowy?



P.S. Już nie mogę się doczekać kolejnych kombinacji kolorystycznych :D

piątek, 21 kwietnia 2017

Najlepszy sposób na depilacje! Podgrzewacz do wosku.


Dziś przychodzę do Was z hitem, przez duże H. Pewnie niemal każda z nas marzy o gładkich nogach, których nie trzeba codziennie golić lub depilować. I najlepiej, żeby efekt utrzymał się przez długi czas, niekoniecznie mocno bolał i kosztował grosze. Trafiłam w sedno? Otóż do tego dodam jeszcze fakt, iż można zabieg wykonywać samodzielnie w zaciszu domowym, w ciągu kilku lub kilkunastu minut. Brzmi ciekawie? Czytajcie dalej :D

Trochę mojej historii...
Kiedyś używałam do depilacji plastrów Sensual. To było dosłownie z 6 lat temu i pamiętam, że przestałam i przerzuciłam się na zwykłą maszynkę do golenia. Dlaczego? Bo nie dość, że nie byłam w stanie plastrów rozgrzać na tyle dobrze, by depilacja była satysfakcjonująca i bezbolesna (to naprawdę mnie bolało!), to jeszcze wychodziło po prostu drogo. Nie ukrywam, że po tej przygodzie byłam zniechęcona do jakiegokolwiek woskowania. Jeszcze zanim sięgnęłam po owe plastry, zaliczyłam koszmarny i krótki romans z depilatorem. Brrr... powiem krótko - nigdy więcej!! Choć efekty po depilatorze są naprawdę zdumiewające, ból jest dla mnie nie do zniesienia. To niemal tortura, czuć każdy wyrywany włosek... Aż w końcu na jeden z babskich wieczorów, dokładnie rok temu koleżanka przyniosła podgrzewacz do wosku z całym arsenałem. Wytrzeszczałam oczy, ze zdumienia, ze takie małe COŚ i takie tanie, ma skutecznie wydepilować mi nogi. Oczywiście na tą okazję zapuściłam włoski, uśmierzyłam ból procentami i oddałam się "torturą". Szczerze? Od razu po zabiegu zamówiłam własny zestaw do woskowania i to nie pod wpływem upojenia czy szoku. To naprawdę działa i w sumie... nie boli.

Polecam zestaw kupić na allegro lub na ezebra.pl. Najtańszy podstawowy zestaw kupicie za 30 zł z przesyłką.

Co wchodzi w skład zestawu?
1. Podgrzewacz do wosku.
2. Plastry do depilacji.
3. Wosk do depilacji w rolce.


Mało prawda? :) Do tego polecam zaopatrzyć się w najzwyklejszą na świecie oliwkę dla dzieci, złagodzi podrażniania, nawilży skórę i pomoże usunąć pozostałości wosku.

Jak używać?
Długo zastanawiałam się, czy raczyć Was fotkami moich nóg gotowych do depilacji (czyt. z włoskami) i tego, jak po kolei wygląda zabieg. Stwierdziłam, że zostawię fakt do Waszej oceny. Kto na tak - niech pisze, a zaktualizuję post o zdjęcia :)

Najpierw trzeba nagrzać rolkę z woskiem. W tym celu wkładamy rolkę do podgrzewacza, do samego końca, podłączamy do prądu i czekamy. Jeżeli mamy całą rolkę nagrzanie zajmuje około 40-50 min, im mniej wosku w rolce, tym logicznie - czas się skraca.


Potem smarujemy rolką z woskiem skórę z włosem. Dobrze rozgrzany wosk łatwo się rozprowadza, jeżeli są jakieś problemy - dajmy jeszcze trochę czasu na rozgrzanie. Trzeba pamiętać, aby skóra była sucha i nietłusta. Następnie na wosk przykładamy plaster, dociskamy z włosem i zrywamy energicznym ruchem pod włos.

Zalety?
1. TANIO. Gdy skończy się rolka z woskiem, po prostu ją wyrzucamy i używamy nowej. Koszt około 4-5 zł za sztukę, plus przesyłka. Oczywiście najtaniej wychodzi przy większym zamówieniu. Jedna rolka wystarczy na 6-7 zabiegów. A nogi depiluję co mniej więcej 2 tygodnie. Więc przeliczcie sobie, jak wychodzi tanio. 
Paski do wosków 100 sztuk to koszt około 7-8 zł plus przesyłka. Najczęściej można zamówić w tym samym miejscu co wosk w rolce. Jednym paskiem spokojnie możemy wydepilować jedną nogę.
2. Włoski odrastają powoli, mega cienkie, mega słabe. Efekt oczywiście widać po kilku zabiegach. Przyznam szczerze, że po roku depilacji woskiem na nogach mam wiele łysych placów :) Myślę, że jeszcze trochę, a tych łysych miejsc będzie jeszcze więcej i więcej.
3. Ból. Na nogach depilacja naprawdę mnie nie boli i zajmuje mi dosłownie 7-10 minut wraz z oliwkowaniem. 

 
Wady? 
1. Włoski się wrastają. - Dlatego potrzebny jest przynajmniej raz na tydzień gruntowny peeling, który rozwiązuje problem do zera.
2. Kilka godzin po depilacji widać podrażnienie. Dlatego depilować warto przynajmniej dobę przed planowanym, ważnym wyjściem. Inaczej pokażemy się z czerwonymi kropkami na nogach.
3. Ból. Tak wiem, że wyżej uznałam to za zaletę. Bo o ile na nogach bólu nie ma, o tyle od czasu, gdy zaszłam w ciążę w strefie bikini i pod pachami, ból stał się dla mnie nie do wytrzymania. Przed ciążą owe zabiegi wykonywałam, bolało, ale do zniesienia. Teraz już po prostu nie jestem w stanie, ach te hormony... ;) mam nadzieję, że po ciąży się to zmieni.

Słyszałam historie, że w salonach kosmetycznych podobne zabiegi również wykonywane są czasami przy użyciu takiego samego sprzętu. Z tym, że tam za same nogi zapłacimy 50 - 100 zł. A samodzielnie to koszt  około 2-3 zł. Niech wypowiedzą się czy to prawda ci, którzy z takich usług korzystają w profesjonalnych salonach.

Znacie to cudeńko? Jakie są Wasze opinie?
 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Magia świąt.


Już chyba gdzieś kiedyś poruszałam ten temat. Nie jara mnie bowiem gorączka przedświąteczna, "sprzątanie dla Jezusa", gotowanie tylu potraw, że nawet nie jest się w stanie ich wszystkich zjeść... Nie jara mnie magia siedzenia przy stole i jedzenia. Jara mnie za to czas spędzony z bliskimi. Choć kiedyś zapewne wszystko się zmieni i święta przestaną wyglądać tak samo.

Gdyby zależało to ode mnie, w święta wolałabym wypocząć, wyjechać, pozwiedzać. Gdyby nie fakt, że święta poza domem są coraz bardziej modne. I automatycznie wkracza wysoki sezon w górach, mazurach i nad morzem. Szkoda. Nie lubię tłumów obcych mi ludzi.

Przykre, ale wartości religijnej święta nie mają dla mnie od dawna żadnej. I nie, nie chodzę do kościoła. Ani na co dzień, ani od święta. Przewartościowałam je i dla mnie to po porostu czas wolny od pracy, który spędza się jedząc w gronie bliskich osób. Niestety, ale gdyby nie święta, takich okazji byłoby najzwyczajniej w świecie jeszcze mniej i mniej...

I Wam drodzy czytelnicy życzę przede wszystkich fajnych świąt. Takich rodzinnych, byście znaleźli w nich coś dla siebie, coś co kochacie. Aby każda chwila była tą wspaniałą, niezapomnianą chwilą. Chłońcie ją do cna. Po całości. Cieszcie się sobą, czasem wolną, rodziną i bliskimi. I aby okazji do spotkań było więcej, nie tylko od święta... ;)

piątek, 14 kwietnia 2017

Jak zaszyć dziurę w jeansach? Jak zaszyć dziurę w kroku? DIY

 Znacie choć jednego faceta, który nie znosi kupować spodni, a gdy doklei się do jednych chodzi tak długo, aż przysłowiowo spadną mu z tyłka? Jak poratować taką bidulkę? Można oczywiście wszystkie uszkodzone spodnie wyrzucić tam, gdzie ich miejsce, a poszkodowanego wysłać na gruntowne zakupy. A można... również reanimować spodnie. Jednak trzeba wiedzieć, jak to zrobić, żeby "jakoś" to wyglądało. Zainteresowani? Zapraszam na tutorial :)

Wszystko zależy z czym mamy do czynienia. Czy tylko z wyraźnymi przetarciami w materiale, które jeszcze dziurami nie są, czy tak jak w moim przypadku zaatakowało spodnie jedno i drugie. Muszę zaznaczyć, że sposób sprawdzi się głównie na jeansach. Nie jestem pewna, czy materiałowe spodnie lub dresowe dałoby się w taki sposób reanimować, choć... można próbować ;)

Kluczowa sprawa, to dobranie koloru nitki tak, aby zlewała się ze spodniami. Mi się to tak... średnio udało. Ale był to eksperyment, a spodnie typowo "robocze". Więc myślę, że ujdzie w tłoku.. :)

 KROK 1.
Jeśli mierzycie się z dziurą, po prostu trzeba ją igłą i nitką zaszyć. Ręcznie oczywiście. Ale trzeba zrobić to w taki sposób, żeby nie naciągnąć nieestetycznie materiału. Jeśli w grę wchodzą tylko wyraźne przetarcia, pomińcie krok i przejdźcie dalej. Teoretycznie po zaszyciu mogłoby tak zostać, ale... gwarantuję, że po kilku dniach dziura powróciłaby do swojego pierwotnego stanu, a nawet powiększyłaby się. Dlatego potrzebne są następne kroki.

 KROK 2.
Podstawa to wzmocnienie już i tak kruchego materiału. Jak widać, spodnie na których przeprowadzałam eksperyment, już kiedyś próbowałam reanimować. Pomoc była doraźna i jak widać tymczasowa. Dlatego do akcji wkracza flizelina, którą dopasowujemy do spodni i zaprasowujemy.



 KROK 3.
Teraz przyszedł czas na cerowanie. Używam maszyny do szycia, ze ściegiem prostym, z klasyczną stopką. Zmieniam tylko długość ściegu żeby był bardzo drobny około 1,5. I szyjemy. Najlepiej jest przeszywać materiał raz przy razie, jechać na przód, przesunąć się o milimetr w bok, cofnąć się, znów przesunąć, do przodu i tak w kółko... Na pewno krocze będzie dodatkowo wzmocnione i nieco bardziej sztywne. I jak widać na poniższych zdjęciach, szycia było naprawdę sporo ;)
Nie oszukujmy się, jeśli teraz pójdzie coś nie tak i znów spodnie się przetrą - po prostu już nic nie da się z nimi zrobić. Ale takim sposobem wydłużyłam im nieco życie z ich właścicielem ;)

Podoba Wam się pomysł?

czwartek, 6 kwietnia 2017

6 powodów, dla których nigdy nie będziesz chciała zostać moją przyjaciółką.

O dobrą, prawdziwą przyjaźń cholernie ciężko. Zastanawiałaś się kiedyś droga czytelniczko, czy mogłabyś się ze mną zaprzyjaźnić? Dziś rozwieję wszystkie twe wątpliwości! ;) A podobno ten kto ma szczęście w miłości, nie ma go w przyjaźni. Przedstawię 6 powodów, dla których moje "bliższe relacje" po prostu... rozpadały się.

1. Jestem wredna i lubię żartować.
Dosłownie. Staram się, by moje żarty nie raniły, ale gdy nie masz dystansu do siebie, nie dogadamy się. Często też szydzę sama z siebie i sprawia mi frajdę fakt, że widzę uśmiech na twarzy innych ;)

2. Oczekuję lojalności...
Jeśli skradniesz mą duszę na tyle, bym uznała cię za przyjaciela, pamiętaj, że już tak łatwo się nie wymigasz. Będę oczekiwała, że będziesz przyjaciółką już na zawsze. Że będziesz mieć swoje życie, swoje problemy i swój świat, ale zawsze znajdziesz dla mnie czas i nigdy o mnie nie zapomnisz.

3. ...i szczerości.
Musisz mówić nawet najgorsza prawdę, albo kłamać w taki sposób, bym nigdy, przenigdy się nie zorientowała. Nie umiem wybaczać kłamstw, nieświadomie nabieram dystansu do takiej osoby i wszystko wali się, i pali...


4. Nie narzucam się.
Nie zadzwonię do ciebie o 3 w nocy by opowiedzieć o prezencie od ukochanego. Zadzwonię w nocy tylko wtedy, gdy się na to umówimy. Albo gdy procenty odbiorą mi zmysły, albo gdy moje lub twoje życie będzie zagrożone, a ja nie będę wiedziała co robić.

5. Będę tylko wtedy, gdy będziesz tego chcieć.
Jeśli pokażesz mi dosadnie, że mam pójść - zrobię to. I nie zatrzymasz już mnie. Ludzie przecież się zmieniają. Szanuję te decyzje...

6. Musisz dbać o przyjaźń tak samo mocno, jak i ja.
Czasem tak niewiele brakuje, by nagle okazało się, że nawet z błahych powodów nie pasujemy do czyjegoś obrazka i świata. I to nic, że przez kilka lat wstecz tworzyliście spójny krajobraz. To co zaniedbane szybko więdnie, a wystarczy po prostu chcieć...

A Was? Co cechuje najbardziej?

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Zestaw pytań, który zdenerwuje (prawie) każdą ciężarną!

Odmienny stan ma swoje plusy i minusy. Urokiem są ciekawskie, nieraz pełne radości lub zmartwienia pytania osób z najbliższego otoczenia. Przygotowałam zestaw pytań, który działa na mnie, jak płachta na byka. 

Mocno z przymrużeniem oka. 

1. Chłopiec czy dziewczynka?
Szczególnie, jeśli pytanie pada na etapie, gdy ciąża ma kilka tygodni i narządy płciowe fasolki się nawet nie ukształtowały. Nawet pytania na co liczę bardziej przyprawiają mnie o zawrót głowy. Płeć nie ma dla mnie znaczenia, jedynie zdrowie maluszka.

2. Jaki masz duży/mały brzuch! Czy dziecko na pewno dobrze się rozwija?
Jakby wielkość brzucha miała tutaj jakiekolwiek znaczenie. Póki co cieszę się, że jest malutki i nie przeszkadza mi w codziennym funkcjonowaniu. Fasola ma się dobrze, a głupie porównywanie i pytania, już sprawiają, że nawet nie chce mi się tłumaczyć ;)

3. Ile przytyłaś? Czemu tak mało? Zaniedbujesz dziecko!
Kolejny dziwny osąd. Nie każdy musi być w ciąży słoniem od pierwszych tygodni. Niektórym wystarcza książkowa ilość kilogramów, by ciąża rozwijała się prawidłowo. Smutne, że nie wszyscy to rozumieją.

4. Ja w twoim stanie... Dlaczego tak nie robisz?
Rady, dziwne rady, o które nikt nie prosi. I których nikt nie chce słuchać ;)

5. A dziewczyna o imieniu X jest miesiąc dalej niż ty i ma mniejszy/większy brzuch. Co jest nie tak?
A czy musi być coś nie tak? Chyba, że chodzi o pytanie, które zdecydowanie jest nie na miejscu ;)

6. Czy aby na pewno nie nosisz bliźniaków?
Gdybym je "nosiła" to na pewno bym o tym doskonale wiedziała. Wróżenie z fusów można schować między bajki.


7. Na pewno chłopiec, bo ładnie wyglądasz!
I wtedy mam ochotę odpowiedzieć, że moje dziecko jeszcze nie zdecydowało jakiej będzie płci, a i w zabobony nie wierzy, więc darujcie sobie tego typu sugestie. A za komplement dziękuję ;)

8. Wiesz już jakie imię?
Nie wiem. I nawet jakbym wiedziała to bym nie powiedziała. Najbardziej irytuje, gdy otoczenie bardziej żywiołowo od rodziców reaguje na wybór imienia i gdyby mogło sami wybraliby, bez zgody rodziców. Podejrzewam, że negowanie wybranego imienia zdenerwuje mnie jeszcze bardziej.

9. Jakie to uczucie być w ciąży?
Pytanie z serii - nigdy nie byłam w ciąży i chcę wiedzieć, bez autopsji, jak to jest. Aż ciśnie mi się na usta, by odpowiedzieć, że żadne. Bo ciąża to może i błogosławiony stan, ale bez przesady by od razu robić z ciężarnych ufo ;)

10. Kiedy chrzest?
Jeszcze nie urodziłam, a już mam myśleć o chrzcie? Czasem smutno mi, że żyjemy w kraju, w którym rządzi religia. Chciałabym, aby moje dziecko miało czystą kartę i samo zdecydowało do jakiej i czy w ogóle jakiekolwiek religii chce należeć. Ale gdy pozwolę mu na to, przez wszystkie szkolne lata będzie wytykane palcami. Ominie go komunia święta, impreza i prezenty. Będzie miało żal, że nie wybrałam i że jest inne.

11. Kiedy rodzisz?
Nikt nie powinien mnie popędzać, poza samą naturą oczywiście. Jeśli pytanie padnie któryś raz z rzędu, po prostu przestanę odpowiadać, by nie denerwować się.

12. Wiesz, ze musisz teraz wypoczywać, bo po porodzie będzie galimatias?
No brawo. Nie wiedziałam tego, nawet przez myśl mi nie przeszło! I generalnie dzięki, że przypominasz ;)


Wypowiedzcie się, czy macie tak samo ;) I co byście do tej listy dodały?

czwartek, 30 marca 2017

6 powodów, dla których uciekłam z forum dla przyszych mam.


Podobno fora są fajne. Jednoczą osoby, które łączy pasja, dany czas w życiu i podejście. Dzięki nim można poznać wspaniałe osoby, uzyskać wsparcie lub porady. Jednym zdaniem - dlaczego mi to nie pasuje? Oto 6 powodów, dla których uciekłam z forum dla przyszłych mam.

Uwaga! Wpis jest mocno kontrowersyjny. Szczególnie dla kobiet, które strasznie pragną i jeszcze mocniej wyczekują swojego nienarodzonego dziecka. Kochane kobietki, nie chcę Was urazić, szanuję Was i Waszą determinację. Chcę tylko przedstawić nieco inny, bo swój, punkt widzenia.

1. Nie mam obsesji na punkcie swojej ciąży.
Na forum, na które 'kukałam' były w większości przyszłe matki, które zrobiły wszystko co tylko mogły, by zajść w ciążę. I chwała im za to, ale zachowywały się, jakby zdobyły co najmniej Mount Everest swoich możliwości. Najwyraźniej nie jestem na tym samym etapie, bo mimo, iż chciałam zostać matką, nie dzieliłam włosa na czworo i nie urażając nikogo, dla mnie sprawa była oczywista - nic na siłę. Na pewno nie doświadczyłam tego samego co one, więc i moje niezrozumienie jest na miejscu.

2. Nie chcę rozmawiać tylko o ciąży i macierzyństwie.
Tak, to był główny temat. O mdłościach, o narzekaniu na nastroje, o kupionych ubrankach, wózkach, zakupionych laktatorach w 2 miesiącu ciąży (o zgrozo!), o tym, że facet nie rozumie tej ciąży i związanych z nim nastrojów. Czytając wpisy miałam wrażenie, że te dziewczyny tak bardzo pochłonęło pragnienie macierzyństwa, że wieżowce z akcesoriów dla dzieci już przysłaniają cały świat. Wielu moich znajomych dziwi się, że na spotkaniach niepytana nie pokazuję sama z siebie zdjęć z usg, nie opowiadam o maluchu, ani o ciąży. Że wręcz dążę by poruszać inne tematy, by żyć normalnie.

3. Dobija mnie narzekanie innych.
Niestety na forum poza narzekaniami na ciężki, ciążowy nastrój były dziewczyny, którym okropnie współczułam. Straciły swoje maleństwa na bardzo wczesnym etapie lub w chwili, gdy już czuły ruchy, a ciążę widać było namacalnie. Najbardziej bolało, gdy czytałam wpisy kobiet, które traciły maleństwa będąc w tym samym tygodniu ciąży co ja. Fajne było to, że dziewczyny się jednoczyły i każda, jak jeden mąż wspierała drugą. Tylko fala 10 stron współczuć, rozdrapywania ran i opisywania zabiegów łyżeczkowania, i niejednokrotnie życie tych dziewczyn ze świadomością, że maluszek nie żyje, i czekają, aż "natura zrobi swoje" przyprawiało mnie o płacz... Napawało tylko zbędnym lękiem i zmartwieniami, mimo, iż u mnie wszystko przebiega książkowo. Strasznie udzielał mi się ich grobowy nastrój, a takie stany w ciąży są niepożądane!!



4. Nie chcę czytać doświadczeń z porodu.
 Bo każda kobieta ma je zupełnie inne. Każda, dosłownie każda przechodzi je inaczej. Boję się czytać czarnych scenariuszy, nie chcę ich nawet słyszeć, nie interesują mnie. Nie chcę się nastawiać, ani pozytywnie, ani negatywnie. Na tym etapie nie boję się rozwiązania, ale wiem, że cudze opinie mogą mi tylko zaszkodzić, niż pomóc.

5. Nie czuję jakiejkolwiek przynależności do klanu.
Nawiązując do pkt 2 - nie czułam żadnych mdłości, zmiennych nastrojów, nie mam kupionego ani jednego ubranka dla dziecka, ani nawet nie noszę ubrań ciążowych, mimo, że 4 miesiąc już za pasem!! I szczerze mówiąc dopóki nie stwierdzę, że nie mieszczę się w aktualne ciuchy nie mam najmniejszego zamiaru nawet rozglądać się za modą ciążową. Czułam się jak ufo, które wylądowało na środku wsi... Nie wiedziałam o czym pisać, a jeśli próbowałam, to tak jakby... nikt tego nie zauważał. Bo nie pisałam o tym ile razy zwymiotowałam i ile razy zagryzłam śledzia kremówką? Nie, nie czułam się odrzucona. Ja po prostu nie byłam w stanie zrozumieć podejścia dziewczyn. Okropne!

6. Wolę słuchać o ciąży od profesjonalistów, niż czytać porady przyszłych mam.
Byłam na fajnych wykładach dotyczących ciąży, na których jednoczyło się masa przyszłych mamusiek. Warsztaty prowadzili psycholodzy, ginekolodzy i położnicy. Super sprawa - masa fajnych pytań, ogrom wiedzy i niesamowite doświadczenie. I o szkołę rodzenia podejrzewam, że też zahaczę, dla samego zdobycia odpowiedniej wiedzy. Zdecydowanie bardziej przemawia dla mnie taka forma porad, niż ta, z którą spotkałam się na forum.

Pewnie jedyne co Wam się nasuwa to pytanie - po jaką cholerę pchałam się na forum dla przyszłych mam? Przecież to oczywiste, co mogłam tam zastać. A jednak podświadomie liczyłam na spotkanie tam mamusiek, które owszem, cieszą się z ciąży, ale ich życie nie kręci się tylko wokół niej... Nie byłam i nie jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować ich nastawienia, podejścia, na tyle, by móc w tym uczestniczyć.

środa, 22 marca 2017

Jak zrobić legowisko dla psa?


Dobrze, gdy futrzak ma swój kąt w domu i przytulne spanko. Dlatego dziś pokażę Wam, w jaki mega szybki i prosty sposób zrobić legowisko - poduszkę dla psa.

Czego potrzebujemy?
* miara / centrymetr krawiecki
* nożyczki
* szpilki
* kredka do zaznaczenia materiału
* igła, nitka, opcjonalnie maszyna do szycia
* materiał
* wypełnienie poduchy - gąbka, koc, cokolwiek miękkiego.




Ja do wykonania legowiska użyłam gąbki ze starego łóżka. Jest w dwóch kawałkach, bo to po prostu pozostałe resztki od poprzedniego projektu. Mój pies bardzo upodobał sobie owy materiał i przeogromną chęcią na nim się wylegiwał, o czym przekonałam się tworząc zagłówek do łóżka. Myślę, że za jakiś czas pokażę Wam owe dzieło :)

Jako poszewka posłużyła mi ogromna, babcina spódnica o pięknym materiale, pasującym do wystroju pokoju. Wy możecie użyć prześcieradła, poszewki na poduszkę, koca lub czegokolwiek, co będzie w odpowiednim rozmiarze i stworzy poszewkę na legowisko.

Wymiary:
Polecam zmierzyć długość i szerokość pieska w czasie snu. U mnie wymiary legowiska to 45 cm na 75 cm. Czyli materiał potrzebny do obszycia to (liczę z zakładkami na obszycie) około 130 cm na 85 cm.

Ok! To do roboty! :)

Wewnątrz spódnicy włożyłam gąbkę i zaznaczyłam z trzech stron szpilkami i kredką boki poszewki. Zszyłam na maszynie, obcięłam i obszyłam boki. A co z czwartym bokiem? Zależało mi, żeby poszewka była ściągana w celu wyprania i żeby nie posiadała guzików, ani zamka. Obawiałam się, że piesek mógłbyś wpaść na pomysł obgryzienia zapięcia i cała robota poszłaby na marne :P Dlatego postawiłam na poduszkę zakładaną o tym, jak ją wykonać pisałam już kiedyś TUTAJ (krok 5).





Koszt wytworzenia legowiska w moim przypadku wyniósł 0 zł, poza poświęconym czasem, który był oczywiście przyjemnością. Polecam tworzyć legowisko w przypadku posiadania odpowiednich  materiałów. Wtedy naprawdę się opłaci. Bowiem widziałam w gazetce promocyjnej biedronki, że legowiska są w cenie od 40 zł. Zrobione z dużo lepszych materiałów, "dizajnerskie", wahają się w okolicach 100 zł.

I jak Wam się podoba? Mój piesek, co prawda nie jest najlepszym modelem, ale z chęcią wyleguje się na swoim nowym łóżeczku ;)




O MNIE

Moje zdjęcie
Kobieta pracująca. Żona. Zakochana w mężu i podróżach. W wolnych chwilach przerabia ubrania i grzebie w DIY. Lubi pisać, od zawsze. Zdarza jej się czytać bardziej lub mniej ambitne pozycje. A tutaj dzieli się z Wami swoimi przemyśleniami. Zapraszam do zakładki O MNIE. Przedstawiam genezę i cel prowadzonego przeze mnie bloga ;)

Łączna liczba wyświetleń

OBSERWATORZY

INSTAGRAM

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Tagi

022semilac (1) 114semilac (1) 183 metry stachu (1) acerola (1) addidas (1) aerozol do gardła (1) Afryka (1) Ameryka Południowa (1) Ameryka Północna (1) ankieta (2) antyperspirant w kluce (1) asymetryczne szorty (1) azja (1) badanie (1) balsam do ciała (2) balsam do ust (1) Bałtyk (1) beta glukan z owsa (1) biedronka (1) bieganie (1) bioliq (1) bioton (1) bloker (1) blond (2) ból gardła (2) ból karku (1) ból pleców (1) brak objawów ciąży (1) bransloletka (4) bransoletka z zamka błyskawicznego (1) bransoletka z zawleczek (1) brokatowy lakier (3) Bukowy Las (1) Burda Publishing Polska (1) care&go (1) cera problemowa (2) ciało (29) ciąża (4) ciąża latem (1) cienie do powiek (1) cisza pod sercem (1) copywriter (1) copywriting (1) Czarny Staw Gąsienicowy (1) Czarny Staw pod Rysami (1) czas wolny (1) czasopisma (1) Czerwone Wierchy (1) cztery pory roku (1) czyszczenie (1) czytnik ebook (1) depilacja (1) depilacja woskiem (1) dezodorant (1) dieta bez pszenicy (1) DIY (51) długie rękawiczki (3) Dolina Kościeliska (1) Dolina Pięciu Stawów Polskich. (1) dom (3) domowe ombre (1) dowartościowywanie (1) dylematy (1) edukacja (1) efektima (4) efektywny czas dnia (2) essence (2) etui filcowe (1) etui na aparat (1) etui na inkbook (1) etui na tablet (1) etui na telefon (1) etui z filcu (1) Europa (1) everest (1) eyeliner (1) farbowanie włosów (4) felieton (84) feminizm (1) finuu (1) fit (1) FM Group (27) forum dla przyszłych mam (1) garnier (2) gdzie nosić obrączkę (1) GEHWOL med (1) Giewont (1) gorvita (9) handmade (3) head&shoulders (1) horoskopy (1) horror (1) Inkbook (1) isana (1) iwostin (1) jak działa psychika psa (1) jak pokonać bezsenność (1) jak przedłużyć (1) jak przerobić (27) jak przestać być śpiochem (1) jak ruszyć z miejsca (1) jak skrócić (1) jak skrócić spodnie (1) jak stać się pewnym siebie (1) jak uszyć (13) jak uszyć legowisko (1) jak wychować psa (1) jak zacerować spodnie (1) jak zaszyć dziure w spodniach (1) jak zaszyć dziurę w jeansach" (1) jak zdać egzamin (1) jak zmniejszyć biustonosz (1) jak zrobić legowisko dla psa (1) jedzenie (2) Jelenia Góra (1) joanna (1) jogurt naturalny z dodatkami (1) Kalatówki (1) Karb (1) Karkonosze (3) Kasprowy Wierch (1) keczup (1) kierunek studiów (2) kobieta która... (7) kokardka na włosy (1) kolczyki (1) kołnierzyk bebe (1) komin (2) komin ze swetra (3) Kondracka Przełęcz (1) Kopa Kondracka (2) korektor rozświetlający (1) koronkowa wstawka (2) korpo biurwa (1) kosmetyki do ciała (1) koszula damska (5) Kościelec (1) KPN (1) kredka do oczu (2) krem CC (1) krem do rąk (2) krem do stóp (2) krem do twarzy (3) krem pod oczy (2) krem przeciw blizom (1) krewniacy (1) książki (1) kuchnia (2) kulturalnie (1) kupujący (1) L'OREAL PARIS ELSEVE (1) lakier do paznokci (7) lakier do włosów (1) lampiony (1) legowisko dla psa (1) libster blog award (2) lifestyle (1) list do samej siebie (1) loreal (1) łagodzenie opuchnięć (1) łączenie kolorów hybryd (1) łupież (1) mahoń (1) malowanie paznokci (7) mała liczba gości na weselu (1) małe wesele (1) Małołączniak (1) Mały Kościelec (1) małżeństwo (1) manicure hybrydowy (5) marion (4) maseczka do stóp (1) maseczka do twarzy (3) maska do rąk (1) masło do ciała (1) masło fińskie (1) maść na bóle krzyżowe (1) maść na zakwasy (1) maść niedźwiedzi ząb (1) maść propolisowa (1) matowa pomadka (1) matowy lakier (1) maybelline (1) męska koszula (1) męska koszulka (1) męski sweter (1) mgiełka matująca (1) miasto 44 (1) mikroelemanty (1) million dollar lips (1) miłość od pierwszego wejrzenia (1) miodowy blond (1) mleczko do demakijażu (1) Morskie Oko (1) motywacja (1) na której dłoni nosić obrączkę (1) na którym palcu nosić obrączkę (1) naturalny złoty blond (1) nawilżanie stóp (1) neutorgena (1) niebieski french manicure (1) niedoskonałości skórne (2) niepełni (1) no-scar (1) noscar (1) nowe mieszkanie (1) obrączka (1) oceania aromatic (1) odkurzanie (1) odkurzanie dla leniwych (1) odżywka do włosów (4) olejek (1) olx (1) ombre (3) opalizujący blond (1) opowiadanie (6) Orla Perć (1) osuszacz do lakieru (1) pakowanie (1) palette (1) pantene (1) pastylki do ssania na gardło (1) paznokcie (21) pedi-spa (1) peeling do ciała (3) perfecta (1) pewność siebie (2) philips (1) piąta pora roku (1) pielęgnacja paznokci (3) pielęgnacja twarzy (1) pierwszy raz (1) pierwszy trymestr (1) planowana ciąża (1) planowanie (1) platforma wiertnicza (1) płyn do higieny intymnej (1) płyn micelarny (2) płytka do zdobienia paznokci (2) pneumovit sept (1) podgrzewacz do wosku (1) podrażnione gardło (1) podróże (15) podszywanie prześwitującego materiału (2) podświadomość (1) pomadka (2) poradniki (1) poszewka na jaśka (2) poszewki bez guzików (1) poszewki na poduszki (1) pośrednicy nieruchomości (1) powerpro aqua (1) pozytywnie (1) pozytywny egoista (1) praca (2) praca w korpo (1) prayforparis (1) projekt denko (1) przedłużanie (1) przełęcz ocalonych (1) Przełęcz pod Kopą Kondracką (2) przemoc (1) przepis (2) przepowiadanie przyszłości (1) przeróbka (18) przeróbka spódnicy (1) przeróbki (1) przesuszone dłonie (1) przyjaźń (3) przyjaźń damska (1) przyjaźń damsko męska (1) psychologia (16) puder CC (1) pumice (1) pupa (1) pytania (1) recenzja (1) recenzja filmu (24) recenzja kosmetyczna (2) recenzja książki (14) recenzje kosmetyków do ciała (1) recykling (30) relacje (1) relacje partnerskie (3) rękawiczki bez palcowe (2) rogowacenie skóry (3) rozdanie (2) rozjaśniacz w sprayu (1) rozjaśnianie (1) rozmyślenia (1) sakwa na biodra (1) Scholl (1) schwarzkopf (1) secondhand (8) sekret (1) semi hard white (1) semilac (9) seriale (1) skóra sucha (3) skóra szorstka (3) skóra tłusta (2) skóra wrażliwa (3) skromna sukienka ślubna (1) Smerczyński Staw (1) Smocza Jama (1) sny (1) sok (1) sok pomarańczowy (1) spinka do włosów (1) spodnie z dziurami (1) spodnie z koronką (1) spotkanie bloggerek (1) spódnica (1) spódnica maxi (2) spódniczka z paskiem (1) spray do gardła (1) sprzątanie (1) sprzątanie dla leniwych (1) stopy (2) streetcom (1) suche gardło (2) suche usta (3) suchy szampon do włosów (2) sweter (2) syoss (1) sypialnia (1) szampon (2) szampon koloryzujący (2) Szpiglasowa Przełęcz (1) Szrenica (1) szycie (16) ślub (4) ślub na głowie (1) Śnieżka (1) świeca zapachowa (1) świece (1) świecznik ze słoika (1) święta (1) tarka do stóp (1) Tatry (11) Tatry Wysokie (2) telewizja (1) top 5 (1) torebka (1) torebka na biodra (1) torebka nerka (1) TT hair (1) tunika (3) tusz do rzęs (2) tutorial (25) twarz (29) typy kupujących (1) urządzanie mieszkania (1) usta (1) utrata przyjaciela (1) uzależnienie od snu (1) venita (1) versatile blogger avard (1) vichy (1) walentynki (1) wax (1) wesele (1) wibo (1) wielkanoc (1) większa objętość (1) witamina C (1) witaminy (2) włosy (19) włosy wpadające (2) włosy zniszczone (3) Wodospad Kamieńczyka (1) Wrota Chałubińskiego (1) wróżbici (1) wygładzanie włosów (1) wykroje (1) wyniki (1) wzorki na paznokciach (1) z przymrużeniem oka (1) Zadni Granat (1) zaginięcia (1) zalotka do rzęs (1) Zamek Chojnik (1) zauroczenie (1) zbiór truskawek (1) Zbójeckie Skały (1) zdrowa dieta (1) zdrowie (2) ziaja (3) Zielony Staw (1) złote myśli (1) zmniejszanie żakietu (1) zmywacz do paznokci (1) zniszczone dłonie (1) zott (1) zrób to sam (1) zrób to sama (36) zwężanie spodni (1) żel do mycia twarzy (2) żel do stóp (1) żel do ust (1) żel mineralny (1) żel na opuchnięcia (1) żel na siniaki (1) żel pod prysznic (2) żona araba (1) żwyioł deepwather horizon (1) życzenia (1)